Pamiętniki Schlaga

Projekt zrealizowany dzięki wsparciu finansowemu Gminy Miasto Świdnica

 

Zapraszamy do lektury dwóch części pamiętnika wraz z tłumaczeniem. Tekst został spisany przez Bodil Schlag. Pochodziła z Danii, od 1903 roku była żoną Reinholda Schlaga, czyli wnuka założyciela firmy Schlag&Synowie. Opisała m.in. sytuację zakończenia działalności świdnickiej fabryki organów oraz wiele domowych detali z życia rodziny świdnickich przedsiębiorców. 

Tekst został przygotowany i przetłumaczony w ramach stypendium miejskiego w latach 2023 (część 1) i 2025 (część 2).

Spis treści obu części pamiętników:

 

1902-1917

# 1. Wstęp

# 2. Opis

# 3. Opis (o organach)

# 4. Boże Narodzenie [Weihnachten]

# 5. Jak tam interesy?

# 6. Radość i piękno życia.

# 7. Trudne sprawy.

# 8. Pokojówki

# 9. Wojna!

# 10. „Dramaturgia” pamiętnika

# 11 c[iąg]. d[alszy]. n[nastąpi/ł] ?

# 12. Co to właściwie się stało?

# 13. Bez tytułu, sentymentalnie.

 

1918-1926

#1. Wstęp

#2. Ciąg dalszy

#3. Podróże do Danii na północ

#4. Jeszcze dalej niż północ.

#5. Interesæ!

#6. Dzieci i szkoła

#7. Miejska willa czy gospodarstwo?

#8. Nazwy własne w pamiętniku.

#9. Bóg i religijność.

#10. Nowe miejsce, te same kłopoty

#11. No ale co z dziećmi?!

#12. Kiedy Schlagowie opuścili Świdnicę?

Część 1

# 1.

Pamiętniki Schlaga to moje stypendialne zadanie. Do końca roku przetłumaczę pierwszy zeszyt (opis lat 1902–1917). Spisane na początku dwudziestego wieku obrazują rodzinę organmistrza ze Świdnicy, która widziana z domowej perspektywy zyskuje zupełnie inny wyraz. W porównaniu z oficjalnymi informacjami na temat świdnickiego organmistrzostwa treści pamiętników wybrzmiewają dość prozaicznie. Nie brakuje w nich informacji o sukcesach zawodowych w branży organowej, pojawiają się również wzmianki o nieporozumieniach.  Dotyczyły one prowadzenia fabryki, jej odbudowy po pożarze oraz podziału firmowych finansów.

 

Informacje ogólne o początkach i rozwoju organmistrzostwa w Świdnicy, a także o firmie Schlag i Synowie znaleźć można w Encyklopedii Świdnicy.

http://um.swidnica.pl/media/Encyklopedia/rozdz2_EncyklopediaSwidnicy.pdf

Barwny opis „przygód” Christiana Schlaga pochodzi z 1906 roku z czasopisma branżowego dla budowniczych instrumentów muzycznych (Zeitschrift für Instrumentenbau). Skany fragmentów czasopisma oraz ich tłumaczenie zamieszczam jako obrazy pod tekstem.

 

Nie od razu udało mi się też ustalić kto jest autorem pamiętnika. Na czwartej stronie tekstu znajduje się zwrot „mój mąż Bruno”, czyli najprawdopodobniej Bruno Schlag (1879–1952), budowniczy, który podpisywał się się jako syn Teodora, królewskiego dostawcy organów. Później zamieszkały przy ul. Wrocławskiej 27 (Breslauerstraße 27). Natomiast wcześniej (do 1923 roku) był współwłaścicielem wielkiej fabryki Schlag i Synowie w Świdnicy. To zapewne jego żona spisywała pamiętniki.

 

Styl literacki pamiętnika w moim odczuciu jest dość obiektywny. Do najbardziej emocjonalnych zaliczyłbym sformułowania: piękne meble, to mu się podobało, bracia od jakiegoś czasu się nie zgadzają, to kosztowało mnie wiele łez, nie był przystojny, wręcz przeciwnie, miał rude włosy i białe rzęsy, które mi się nie podobały. Pojawiają się także określenia typu: domowe ognisko, na łeb na szyję (über Hals und Kopf).

 

Do najdramatyczniejszych wydarzeń  opisanych w pamiętniku zaliczyłbym śmierć kilkuletniego dziecka, którego całe życie zawiera się w czasie opisanym w pierwszej części tłumaczonych przeze mnie wspomnień. Wzmianka o jego urodzeniu, chorobie, o nadziei na poprawę zdrowia zajmuje więcej miejsca niż inne wątki w pamiętniku. Informacja o odwiedzinach doktora, później wizycie duchownego, opis chrztu, przybycia krewnych poruszonych dramatyczną sytuacją – to wszystko daje obraz wrażliwości autorki.

 

Zaskoczeniem dla mnie był opis propozycji zakupienia zakładów konkurenycyjych, które miały kłopoty finansowe. W tym przypadku chodzi m.in. o wytwórnię organów Sauera z Frankfurtu nad Odrą. Firma Sauer zbudowała największe w swoim czasie organy na świecie (rok 1913, Hala Stulecia we Wrocławiu, 200 a potem 222 głosy). W walce o realizację tego projektu firma Schlag i Synowie ze Świdnicy konkurowała z firmą Sauer.

 

Tyle informacji na chwilę obecną.

 

Tekst jest przygotowany do tłumaczenia, zeskanowane rękopisy przepisałem do pliku. Cały tom pamiętnika składa się ze 103 tysięcy znaków ze spacjami, (około 600 znaków na stronę). To daje ponad 17 tysięcy wyrazów (około 100 wyrazów na jednej stronie). W kolejnych artykułach pojawią się informacje, cytaty oraz ilustracje. Autorka opisuje także rodzinne podróże a to daje mi obraz szlaków, którymi podróżowali świdniczanie.

 

 

# 2.

Tłumaczenie pamiętnika już jest przygotowane do ostatniej korekty, a to oznacza, że przeczytałem go w całości. Wiem zatem jaka jest jego zawartość i mogę pisać artykuły. Do sprawdzenia pozostało mi jeszcze kilkanaście wątpliwych słówek i nazw geograficznych, dla których nie znalazłem jednoznacznych współczesnych odpowiedników. Kilka zdań jest też… dziwnych, więc pokażę je w najbliższym miesiącu kilku biegłym w temacie fachowcom.

Lata opisane w tej części pamiętnika (1902—1917) to m.in. czas pierwszej wojny światowej. Autorka wspomina o zwiastunach wojny już w 1912 roku: „we wrześniu [1912] dom bankowy F. W. Weis ogłosił upadłość, wkrótce potem nastąpiła cała seria bankructw. (…) Wojna na Bałkanach przyniosła usztywnienie polityki pieniężnej. Trudno było nam więc uzyskać nowy kredyt bankowy”.

Wspomniany kredyt to jeden z symptomów kondycji finansowej firmy Schlag i Synowie. Inne fragmenty przybliżają prawdziwie karkołomne konstrukcje finansowe:

„Sachers odmówił nam pożyczki 8000 Marek, dostaliśmy tylko 3000. Hans Froberg pożyczył nam 3000 Marek. Później Bank oszczędnościowo-pożyczkowy odmówił nam 25 000 Marek, tej kwoty nie udało nam się zdobyć gdzie indziej. Ostatniego dnia sierpnia August Hartmann gotów był zdeponować 24 000 w papierach wartościowych w Bankverein, po czym ten ostatni przyjął hipotekę”.

Ponad trzydzieści stron dalej na kartach pamiętnika pojawił się wymowny napis „Wojna”. Pod nim zanotowano następujące słowa:

„Pierwsze chwile wojny były przytłaczające, strach wzmógł się wraz z szybkim wzrostem liczby wrogów. Z powagi sytuacji zdaliśmy sobie sprawę dopiero po ogłoszeniu przez dowództwo 23 lipca ogólnego stanu wojennego na Śląsku, co zostało zamieszczone na wszystkich słupach ogłoszeniowych. (…) Wszyscy cudzoziemcy pędem wracali do ojczyzny, głównie z kąpielisk i letnisk. (…) Każdy most był strzeżony przez wojsko, mogliśmy codziennie obserwować załadunek koni, dział i żołnierzy, zwłaszcza na na stacji Świdnica Przedmieście. Nasza rosyjska granica była słabo chroniona i słabo obsadzona, bardzo baliśmy się o nasz zagrożony kraj. Przez kilka dni byłam chora ze zdenerwowania i chciałam uciec do Danii z trójką moich dzieci. Jednak mój drogi mąż na razie musiałby tu zostać. To mnie otrzeźwiło. Teraz, dzięki Bogu, naszym dzielnym żołnierzom i dowództwu armii udało się odeprzeć wroga; żyjemy prawie jak w czasach pokoju. Nasza wiara wzrasta stale, armia robi postępy również we Francji, a my odnieśliśmy znaczne sukcesy na morzu przeciwko Anglii. W wyniku wojny nasza fabryka nie miała nowych zamówień, nie dość, że trzeba było zwolnić pracowników, to jeszcze znacznie skrócono czas pracy. W wyniku wojny nasza fabryka nie miała nowych zamówień, nie dość, że trzeba było zwolnić pracowników, to jeszcze znacznie skrócono czas pracy.

Niestety, nasz czas pracy się nie zmniejszył, bo w biurze jest co robić. W tym roku żyliśmy jeszcze dostatnio, ale przyszły rok będzie chudy”.

Stale powracającym motywem na kartach pamiętnika jest opis Świąt Bożego Narodzenia. Ten czas w roku wielkiej wojny rodzina spędziła w Lubachowie i Bystrzycy. Ale o tym to już następnym razem.

Dodam jeszcze tylko, że w pamiętniku nie ma wzmianki o budowie zapory na rzece Bystrzycy we wsi Zagórze Śląskie. Spotkałem się także z nazwą ”Zapora w Lubachowie”, a właściwie, to zapora w (lub raczej „na”) Śląskiej Dolinie — Schlesierthal. Miejscowość rozebrano, by mogła powstać elektrownia wodna i zbiornik retencyjny. A to wszystko za sprawą zapory wzniesionej w latach 1911–1914. O zaporze nie wspomniano, ale w jednym zdaniu z 1914 roku jest informacja o spacerach Schlagów w śląskiej dolinie. Najwyraźniej nazwa miejscowości funkcjonowała nadal, używano jej w odniesieniu do terenu jednej z dolin rzeki Bystrzycy. Pani Schlag napisała „schlesier Tal”. Albo to literówka, albo jakaś forma przejściowa, bo… nazwa miejscowości powinna wyglądać tak: Schlesierthal, po około 1900 roku również jako: Schlesiertal, bez „h”. Na mapie z 1733 są dwa miejsca z tą nazwą: wieś (z podobizną zabudowań lub młyna) i najprawdopodobniej właściwa dolina w niższej części rzeki. Ze współczesnych map nie wynika jednoznacznie nazwa doliny, którą przecina zapora. Ruszam zaraz do Świdnickiej Biblioteki, sprawdzę Słownik Geografii Turystycznej Sudetów Marka Staffy. Brakuje mi akurat tego tomu, gdzie powinna się znajdować opisywana okolica. Zresztą, w bibliotece od razu czuję się trochę mądrzejszy.

 

Czy może ktoś może trafił na informację o „kuracji Dubskiego” (Dubsky Kuren)? Nazwisko wspomniane w pamiętniku z jednej strony wybrzmiewa niczym znana wówczas nowatorska metoda słynnego lekarza:

„W kwietniu wuj zachorował, potrzebował wielu zabiegów Dubskiego”.

(April wird Onkel krank und muss viele Dubsky – Kuren machen.)

Z drugiej strony Doktor pojawia się bardziej jako przyjaciel rodziny, czy też zwyczajnie bardziej staranny lekarz:

„(…) ​​Else Dingler czuje się bardzo źle i prosi Alicję o zgodę na przyjazd tutaj na badanie i leczenie do doktora Dubskiego, gdyż tamtejszy lekarz nie potraktował sprawy poważnie, chociaż Else z bólu przez wiele nocy nie mogła spać.

„(…) Else Dingler sehr krank fühle und sie bittet Alice um Erlaubniss herzukommen, um eine Untersuchung und Kur bei Doktor Dubsky aufnehmen zu können, da der dortiger Arzt die Sache so lau behandelt hätte obwohl Else für Schmerzen viele Nächte nicht hätte schlafen können”.

 

Jak się to mówiło w radiu z czasów pierwszej wojny:

Stay tuned for more!

 

 

# 3.

W Świdnicy zachowało się kilka kościołów, które istniały w czasach powstawania pamiętnika. A do tego wewnątrz są organy Schlagów. Co na to autorka pamiętnika… nic. Prawie nic. Jedno zdanie:

 

„W Kościele Pokoju montowane są organy i na Wigilię Bożego Narodzenia zabrzmią po raz pierwszy.”.

 

In der Friedenskirche wird fleisig aufgestellt und am heiligen Abend soll die Orgel zum ersten mal gespielt werden.

 

To zdanie zapisane zostało przy dacie 1909, na siódmej stronie licząc od początku opisywanego roku. Wałbrzych, duże instrumenty Schlag i Synowie z 1904 i 1912, Świebodzice, organy z 1903, Świdnica, organy katedry z 1908, ani słowa.

 

Co zatem ze wzmianką o organach w Kościele Pokoju? Poprzedza ona następujące informacje:

 

„Na święta naszym gościem była Edith, spędziliśmy wspaniale wspólny czas. W tym roku Siegfriedowi wyrósł czternasty ząb, w ogóle to wspaniały chłop. Pani Dingler z nowym rokiem zaczęła pracę na stanowisku głównego inżyniera sieci tramwajowej w Kassel Wilhelmshöhe”.

 

Jeśli ktoś sprawdzi tylko rocznik 1909 o organach więcej się nie dowie.

 

W pamiętniku pojawiają się tylko wspomnienia o instrumentach z Wystawy Rzemiosła w Świdnicy (1911), z Rawicza i Poznania (1917, są nazwy miejscowości, brak dodatkowych informacji) oraz powyższy cytat o Kościele Pokoju. Jest jeszcze informacja o koncercie z 1915 roku:

 

„Profesor Irrgang z Berlina zorganizował w Kościele Pokoju koncert na rzecz niewidomych żołnierzy; równie wspaniałe wydarzenie – organy w pełni swej świetności. Po koncercie poszliśmy z różnymi przyjaciółmi do winiarni Winzig. Dyrektor muzyczny Drohla i Reinhold powinni zaciągnąć się do wojska, obaj mieli jednak nadzieję uniknięcia służby, ale Drohli się jednak nie udało. Początkowo przebywał w Świebodzicach. Jego ojciec zmarł niedawno, a szwagier zginął na wojnie. Bruno został wezwany do Wołowa za Wrocławiem, ale Gottlob załatwił Rinaldo zwolnienie ze służby wojskowej”.

 

Profesor Irrgang aus Berlin veranstaltete in der Friedenskirche ein Koncert zum Vorteil für die erblindeten Soldaten; das war ebenfalls herrlich _ die Orgel glänzte. Nachdem Koncert waren wir mit verschiedene Bekannten zusammen im Weinrestaurant Winzig. _ Musikdirektor Drohla und Reinh. sollten sich beide zum Militär stellen, sie hofften damals beide frei zu kommen, doch Drohla ist es nicht geglückt; er befindet sich zunächst in Freiburg; sein Vater ist die Tage gestorben und Frau Drohlas Bruder gefallen. _ Bruno wurde einberufen nach Wohlau bei Breslau doch Gottlob ist Rinaldo vom Militär frei gesprochen.

 

Szczególnie to niepozorne zdanie „das war ebenfalls herrlich die Orgel glänzte” działa na moją wyobraźnię. Przetłumaczyłem je krótko: „organy w pełni swej świetności”. Natomiast te dwa słowa: herrlich, (czyli: okazały, wspaniały, wyborny, wyśmienity, przepyszny, prześliczny, rozkoszny) i glänzte (od słowa glänzen: błyszczeć, lśnić, połyskiwać, jaśnieć, czy jak niektórzy mawiają „na glanc”) zawierają całą gamę emocji, której doświadczam osobiście.

 

Bardziej dosłownie i emocjonalnie napisałbym tak: to było wspaniałe! Jakże organy lśniły! Jak one jaśniały, błyszczały, zachwycały, zdumiewały…! mogę tak długo. Znam to niesamowite uczucie: spoglądać na ogromny prospekt, szeroki jak fasada wielkiego Kościoła Pokoju i słyszeć dodatkowo monumentalny ton organów. Z tego przywileju korzystają cześciej słuchacze niż organiści, ci drudzy bardziej skupiają się – jak to się pisało w średniowieczu – na obsłudze instrumentu (klawiatury, przełączniki, nuty). Organista podczas gry za długo w piszczałki się nie wpatruje. Stąd dla mnie jest to dodatkowo ekskluzywne doznanie, kiedy do organów zasiadają gościnni organiści lub uczniowe. Najlepszy zaś moment to poranek. Promienie słońca zaczynają swoją wędrówkę po wnętrzu kościoła właśnie od symfonicznych organów. Sztuczne oświetlenie, po zmroku, też bardzo lubię. Wówczas wnętrze odczuwam jako ciepłe, przytulne, nawet jak wewnątrz jest -6°C.

 

Kościół Pokoju to jedyny obiekt sakralny wspomniany w tej części pamiętnika. Przeglądając cały dokument w poszukiwaniu słowa „Kirche”, pojawia się jedynie wzmianka o święcie muzyki kościelnej w Żaganiu (Im Oktober waren wir – Alice mit –

nach Sagan in Kirchenmusikfest).

 

To na koniec może ja coś dopowiem o świdnickich organach zbudowanych przez firmę Schlag&Söhne.

 

1868, kościół św. Krzyża (9 głosów)

1871, kościół klasztorny (14 głosów)

1908, katolicki kościół parafialny (41 głosów)

1909, kościół ewangelicki (60 głosów)

 

Tak wygląda lista współcześnie zachowanych instrumentów widzianych z perspektywy początku dwudziestego wieku. Co o tych instrumentach mogę powiedzieć, gdybym chciał wyobrazić sobie proces twórczy, a więc to co mogły mieć w zamyśle osoby budujące te konkretne organy? Zapytałem i odpowiem, bo zaglądałem do tych instrumentów.

 

Najstarszym z nich w ogólnym kształcie jest instrument kościoła parafialnego (czyli Katedra). Schlagowie zachowali prospekt z poprzednich organów Siebera z około 1705 roku. Kiedy ten instrument był przekształcany z wersji barokowej na zachowaną obecnie piszczałki w prospekcie stały się niegrające. Piszczałki widoczne z perspektywy nawy, otoczone ozdobną snycerką, są wyłącznie ozdobami, nie wydają dźwięku. Ich grające odpowiedniki zostały ukryte wewnątrz szafy organowej. Takie rozwiązanie zdecydowanie ułatwia proces montażowy i pozwala na większą bezawaryjność tych dźwięków. Rury łączące piszczałki w prospekcie lubią się rozklejać i wypadać, dlatego prościej jest utrzymać organy bez grającego prospektu. Z drugiej strony w większości przypadków prospekty są grające. Ktoś bardziej sentymentalny mógłby powiedzieć, że to szkoda skazywać na milczenie taką ilość pięknie ozdobionych piszczałek. W balustradzie empory organowej znajduje się także grupa piszczałek. Została zamknięta w osobnej obudowie, oddzielona od reszty instrumentu. Na początku XVIII wieku umieszczono tam zazwyczaj piszczałki mniejszej części organów zwanej pozytywem. Gdy Schlagowie zakończyli swoje prace ta część organów pozostała tylko dekoracją, usunięto z niej grające piszczałki umieszczone wewnątrz. Aby zmieścić największe piszczałki trzeba było dobudować bliżej tylnego okna dodatkowe sekcje organów. Jeśli uważnie przypatrzymy się widać je również z poziomu podłogi nawy głównej: kończy się ozdobny prospekt, a w głębi widać proste ściany, po obu stronach nawy. Można dostrzec także (po lewej) drewniane pięciometrowe największe piszczałki uruchamiane klawiaturą nożną. Widać również piszczałki głosu Klarnet 8 drugiej klawiatury (po prawej). Powstały całkowicie nowe organy schowane za barkowym prospektem, jak za parawanem (nie licząc tych kilkudziesięciu piszczałek, które się nie schowały). W instrumencie tym zastosowano jedno rozwiązanie techniczne, którego nie widziałem żadnych innych organach Schlaga: uchylana automatycznie przesłona, za którą schowane są piszczałki trzeciej klawiatury. Kiedy organista dźwignią nożną uchyla przesłony, dźwięk staje się wyrazistszy, głośniejszy. Przy pełnym otwarciu dodatkowo jeszcze uchyla się wspomniana przesłona, zwiększając dodatkowo stopień otwarcia/odsłonięcia tych piszczałek.

 

Organy obecnej Katedry i należą do instrumentów świdnickich, przy których pracowała firma Schlag i synowie. Spośród tej grupy są najstarsze biorąc pod uwagę zachowany dawny prospekt.

 

Mamy sporo podobieństw z organami Kościoła Pokoju: zachowany tu instrument Schlaga skrywa się za barkowym prospektem (z około 1780 roku). Wnętrze zostało przebudowane w 1909 roku. A więc dwa największe świdnickie kościoły prawie równocześnie otrzymały nowe organy Schlag&Söhne (katolicki – 1908, opus 841 i ewangelicki – 1909, opus 875). Jest wiele technicznych i muzycznych podobieństw między tymi instrumentami. W Kościele Pokoju ozdobione piszczałki widoczne w prospekcie organowym są grające, ale nie wszystkie. Odzywają się największe jak i te po bokach, w pobliżu balkonów, empor. Środek prospektu organowego jest niemy, podobnie jak w Katedrze, brzmiące odpowiedniki niemych piszczałek zostały umieszczone wewnątrz. Podobieństwo jest też widoczne w prospekcie: ustawiono wiele figur trzymających instrumenty muzyczne. W Kościele Pokoju anioły z prospektu w XVIII wieku grały na kotłach i gongach. Czyli prospekt częściowo „się ruszał” i brzmiał. Do czasów ostatniej przebudowy Schlaga (1909) było zmian wiele w instrumencie. Ale to materiał na osobny artykuł. Na początku dwudziestego wieku nic nie wskazuje na to, aby organowe anioły w Kościele Pokoju grały na instrumentach (mechanizm bębnów przywrócono 2017 roku). Sam instrument to zupełnie nowa, czy raczej nowatorska koncepcja wielkich organów, imponująca pod każdym względem: ogromna różnorodność brzmienia, rzadkie w naszym regionie rozwiązania techniczne, wyjątkowo okazały wolnostojący kontuar, którego położenie umożliwia organiście dyrygowanie zespołem muzycznym wypełniającym trzy empory wokół organów, największa ilość głosów i piszczałek oraz największa piszczałka organowa w promieniu około 50 kilometrów (przewyższające rozmiarami instrumenty są we Wrocławiu i Jeleniej Górze) a także rzadkie w naszym regionie głosy organowe (m.in. Tercja 1 ⅗, Flet 2, Stentorphon 8, Hellflöte 4’). Jeśli spojrzymy na trzy miasta, Świdnicę, Świebodzice i Wałbrzych, znajdują się w każdym z nich kościoły: (po)ewangelicki i katolicki. W nich znajdują się organy firmy Schlag&Synowie. W tych organach można dostrzec subtelną różnicę w ilości klawiszy, nie wchodząc w szczegóły… Ewangelicy mięli więcej. Byś może w ten sposób subtelnie zasygnalizowana miała być ówczesna przewaga konfesyjna. Dodatkowo trzy instrumenty zbudowane dla Ewangelików wyposażone są w podwójne zasilanie, czyli część organów gra na wyższym a część na niższym ciśnieniu powietrza (w Świdnicy mamy 120 i 270 mmH2O). Dzięki temu subtelne brzmienia są bardziej tajemnicze, zaś głosy mocne jeszcze potężniejsze. O tych detalach będziemy w 2024 roku robić reportaż dla telewizji, więc temat jeszcze powróci.

 

Organy kościoła (Sanktuarium) św. Józefa, to prawdopodobnie wspomniany w katalogu kościół klasztorny (1871 rok, 14 głosów). Wewnątrz obudowy klawiatur jest napis „Wagner 8. 11. 16” a to wskazuje na późniejsze niż 1871 rok prace przy organach. Numer 1046 także wskazuje na późniejszą przebudowę. Organy mają 17 głosów realnych, pięć z nich może być powielonych poprzez dodatkowy efekt połączenia oktawowego, zwanego we Włoszech „trzecia ręka” (terza mano). Dzięki temu głosy górnej klawiatury brzmią tak, jak gdyby „trzecia ręka” grała jednocześnie to, co grają dwie ręce. Współcześnie to przepiękny, tajemniczy, pastelowy instrument. Zastosowano tutaj żaluzję dla drugiego manuału, czyli możliwość ściszania i zgłaśniania pięciu głosów. Całość tworzy ergonomiczną strukturę, w którym z łatwością może wpasować się chór lub orkiestra. Organy „otaczają” zgromadzonych na emporze muzyków, a klawiatury umieszczone są w sposób umożliwiający organiście kontakt wzrokowy z większością osób w pobliżu organów.

 

W kościele św. Krzyża znajduje się jedenastogłosowy instrument, którego detale wskazują na konkurencja firmę, ale również Schlagów (Gebrüder Schlag, następnie Heinrich Schlag). Większość elementów wskazuje na ideały budownictwa wcześniejszych stuleci. Bardziej zaskakujący był dla mnie dobór głosów drugiego manuału, gdzie umieszczono trzy głosy ośmiostopowe (popularniejszym rozwiązaniem są dwa głosy ośmiostopowe jeden czterostopowy). To jedyne zachowane w Świdnicy organy wybudowane przez Schlagów z trakturą mechaniczną. Grając na nich organista zwrócony jest plecami do ołtarza. Jeśli akompaniuje innym muzykom musi odwracać głowę dla uzyskania kontaktu wzrokowego.

 

Tutaj ośmielę się zakończyć tę odsłonę organowo-pamiętnikarskiego się rozpisywania. Następnym razem będzie więcej treści z pamiętnika. Mam nadzieję.

 

 

# 4. Boże Narodzenie [Weihnachten]

To słowo pojawia się w pamiętniku 18 razy. Święta są oceniane jako czas dobry albo niedobry, spędzony w komfortowych warunkach lub czas przesycony troskami. Ktoś przyjechał, kogoś brakowało, ale dobrze gdy „na święta” coś jest już gotowe (np. organy w Kościele Pokoju albo tapety w nowym domu).

 

Pierwsza informacja pochodzi z  roku 1907. Było „nie za wesoło”, zerwane zaręczyny, a do tego jeszcze sprawy firmy organmistrzowskiej. W wigilię wigilii (23.12.1907) trzeba było załatwić sądowny dokument dotyczący udziałowców. To właśnie córki (Alicja, Gertruda i Else) miały otrzymać udziały. Coś mi się wydaje, że to nie oznacza dobrej kondycji firmy. Niby udziałowiec zarabia na przychodach, ale angażowanie córek może także oznaczać utrzymanie na siłę kapitału zakładowego w rodzinnych rękach, bez zewnętrznych inwestorów.

 

  1. 12.1907 przyszedł list z Ameryki, od Christpha. On rzadko się odzywa.

 

Mały dodatek organowo-krajoznawczy: w 1907 roku świdniccy organmistrzowie zakończyli prace przy organach kościoła św. Elżbiety we Wrocławiu. Był to opus 800, czyli okrągła liczba porządkowa dla rozpoznawalnego instrumentu. To drugie zlecenie dla firmy Schlag i Synowie, które pochodzi z tego miejsca, z centrum regionu. Do tego najdroższa z trzech nadesłanych ofert, która wygrała.

 

1908

„W Boże Narodzenie dom Schlagów odwiedziła żona konsula wraz z pięcioletnim synkiem Guillaume. Spotkanie udane z perspektywy Williego – pojawił się kompan do zabawy. Ale mały gość był tak rozpieszczony, że pozostali domownicy okupili tę wizytę rozdrażnieniem, irytacją. W sumie zebrało się bowiem trzech psotnych chłopców”.

 

1909

Tu wzmianka o organach Kościoła Pokoju, czternastym zębie Siegfrieda oraz o Pani Dingler, która z nowym rokiem zaczęła pracę na stanowisku głównego inżyniera sieci tramwajowej w Kassel Wilhelmshöhe.

 

1910

Wreszcie święta jak z reklamy:

„…były wspaniałe i radosne. Przygotowaliśmy sześć stołów z jedzeniem. Kupiliśmy 6 krzeseł do jadalni i 12 talerzy do serwisu kawowego”.

 

Kilka linijek wyżej zanotowano:

„14/11 pękło łożysko maszyny parowej, była teraz bezużyteczna i trzeba było ją rozebrać. Używaliśmy tymczasowo motoru z tartaku (stolarni). Jednocześnie ustawiliśmy silnik parowy o mocy 35 koni mechanicznych od Freudenberga

Grudzień. Fabryka pracuje sprawnie. Reinhold zrobił zdjęcie Irmelin-Rose, bardzo udane, powiększyliśmy je. To był prezent dla mamy na urodziny”.

 

1911

Święta Bożego Narodzenia były wspaniałe, wszyscy byli zdrowi i radośni, było wiele przygotowań, które udało się utrzymać w tajemnicy, jak należy. Willy i Siegfried skradali się, by chociaż zerknąć przez szczelinę w drzwiach. W jadalni gdzie stała choinka zbudowałam na stole całą wioskę, częściowo z papieru, częściowo z miodowych ciasteczek i wafli. Linia kolejowa wiła się przez całą wieś, ożywioną przez liczne drzewa, krzaki i ludzi. Był tam tunel, budynek stacji z naczelnikiem, elektryczne lampy, dzwonek itp. Alice przygotowała nawet więcej: swój salon zamieniła w las. W rogu był tor saneczkowy z czterema wspaniałymi figurkami, do tego cztery maleńkie świecące choinki. Dom Małgosi i Czerwonego Kapturka oświetlony był elektryczny-mi lampami. Wszystko to było niczym baśniowy świat w naszej rzeczywistości. Niestety bajkowy świat nie trwał długo. Gdy tylko zaintonowaliśmy pierwszą piosenkę żarząca się iskra z małego drzewka spadła na watę i nasza wspaniała dekoracja stanęła w płomieniach. Szybko przynieśliśmy wodę i płomienie zostały ugaszone. Jednak nie udało się uratować tego co się spaliło, cieszyliśmy się, że nie było poparzeń. Alice wezwała agenta ubezpieczeniowego, który szybko wypłacił 40 Marek. Reszta naszego wspólnego wieczoru nie była już przerywana podobnymi incydentami. W sąsiednim pokoju znajdowała się długa płyta wyładowana wieloma wspaniałymi rzeczami. Szybko została opróżniona. Udaliśmy się do jadalni, gdzie na deser poczęstowaliśmy się szarlotką i ponczem. 1 piątek wstałam wcześnie, by wszystko posprzątać. Gdy wszystko było prawie gotowe, przyszła Eleonora, która spędzała z nami cały dzień na plotkach. „Gdy Eleonora napisała do nas później opisała pierwszy dzień świąt jako najpiękniejszy od długiego czasu. W nowy rok wszyscy byli razem, oprócz Siegfrieda i Irmelin, którzy pojechali pociągiem do Jedliny-Zdroju, stamtąd przez góry do Rybnicy Małej, dalej do gospody Fidlera, była prawie 12 godzina, zjedliśmy wyśmienity obiad. Po przerwie na posiłek odpoczęliśmy trochę i poszliśmy dalej do Jedlinki [Jedlina Dolna]. Tuż przed dworcem kolejowym w pięknym lokalu wypiliśmy kawę. Wyżej leżał śnieg, poza tym zima była jak dotąd bardzo łagodna”.

 

1912

„Edith i William, nowożeńcy, byli u nas około 3 tygodni. Cieszyliśmy się, że jesteśmy razem przed długą rozłąką. W Wigilię rozpoczęli podróż powrotną, w jednym z kanałów natknęli się na niszczycielską burzę. Edith miała bardzo ciężką trzydniową chorobę morską. Później było pięknie. Tak rozpoczęła się ich letnia podróż. Mamy wieści z St. Tom oraz kilka bardzo ładnych amatorskich ujęć z Edith pod kaktusami i palmami”.

 

„Boże Narodzenie upłynęło nam przyjemnie. Sylvy-Regina potrafi już siadać. Sama karmiłam ją piersią aż do moich urodzin czyli dokładnie ½ roku”.

 

1913

„Do tej pory rzadko mieliśmy piękną jesienną pogodę — drzewka cudnie się wybarwiły, dziś pada, więc pewnie to już koniec lata. Dwa miesiące szybko miną i znów mamy święta, właściwie to czas pomyśleć o prezentach. Alice mieszka w Lubachowie z Lenchenem Herbstem, są zadowoleni, ale rzadko się widujemy, ja byłam tam w sumie tylko kilka razy”.

 

„Boże Narodzenie właśnie się skończyło, świętowaliśmy radośnie, nie wręczaliśmy żadnych dużych prezentów, ale wymieniliśmy drobne uprzejmości. Alice była z nami, dzieci były „po królewsku” szczęśliwe. Z Kopenhagi przyszła paczka, w niej dla Siegfrieda garnitur sportowy, dla Sylvy lalka, Irmelin dostała kombinezon, wszyscy byliśmy zdrowi

i w świetnych humorach”.

 

1914

Boże Narodzenie w kontekście pierwszej wojny, ale także przeprowadzki na wieś:

„W wyniku wojny nasza fabryka nie miała nowych zamówień, nie dość, że trzeba było zwolnić pracowników, to jeszcze znacznie skrócono czas pracy. Niestety, nasz czas pracy się nie zmniejszył, bo w biurze jest co robić. W tym roku żyliśmy jeszcze dostatnio, ale przyszły rok będzie chudy. Mimo wszystko Święta Bożego Narodzenia obchodziliśmy bardzo radośnie i przyjemnie, otoczenie natury dodatkowo jeszcze poprawiało nasz nastrój. Wspaniały zimowy krajobraz upiększał nam świąteczne dni. Willy był z nami i bawił się z dziećmi, które otrzymały również wspaniałe prezenty. Alicja była gościła u nas przez 3 dni, byliśmy z nią w Lubachowie na Sylwestra, było nam bardzo przytulnie”.

 

1915

Niewiele o samych świętach, ale poniższy opis nadaje perspektywę kolejnemu rocznikowi:

„Udało nam się teraz znaleźć odpowiednie mieszkanie w Świdnicy przy placu Ludowym w pobliżu nowej promenady i stawu z gondolami. To utrzymany w stylu willi dom, gdzie nie mieszka nikt prócz dozorcy i córki starego majora. Ogród jest duży i piękny. Else Dingler przyjdzie do nas i pomoże mi w domu. Będziemy mięli też nową pokojówkę, nasze meble będą przetapicerowane; przed Bożym Narodzeniem będzie zatem zupełnie nowy dom, mamy nadzieję, że wypełniony szczęściem i błogosławieństwem”.

Trzeciego dnia świąt odwiedziły nas dwie miłe panie z Fundacji Urszulanek.

 

1916

„Na Boże Narodzenie byliśmy już komfortowo umeblowani, mogliśmy obchodzić święta w dobrym zdrowiu i pogodnym nastroju. Dla R.[einholda] zamieszkiwanie w Świdnicy było dogodniejsze niż w Bystrzycy, gdzie pociągi kursowały rzadziej. Siegfried cieszy się, że idzie do dobrej szkoły, po każdym przeniesieniu zawsze wspinał się po szczeblach szkolnej drabiny, tak że przewyższały go tylko trzy osoby. Szczególnych wydarzeń brak, chociaż w Limie u Edyty urodziła się mała dziewczynka, powinna nazywać się Ingeborg”.

 

W tym samym roku jeszcze jedna informacja o świętach:

 

„Przed Bożym Narodzeniem otrzymaliśmy pierwsze listy od Alicji

i Eddy z wiadomością, że bardzo dobrze się dogadywały i że są ze sobą szczęśliwe. Spędziliśmy tu wspaniałe Święta Bożego Narodzenia, szczęśliwi pod każdym względem i zadowoleni. Alice i Sylva świętowały sylwestra na Falster, gdzie też jest Edda”.

 

1917

I ostatni pamiętnikowy rocznik:

„W fabryce w ogóle nie można już budować nowych organów, ale udało nam się otrzymać kilka zamówień na skrzynki do detonatorów i wojskowe drewniane podeszwy. Handel drzewny przynosił dobre zyski, ale niestety budowa organów była zatrzymana. Dywidenda 0% Jeszcze nigdy nie spędziliśmy świąt tak oszczędnie jak w czasie tej drożyzny, choć prezentów na stole nie brakowało były rozważanie wybierane”.

 

Koniec, może jeszcze jakieś reporterskie podsumowanie:

…w jakim stopniu radości, smutki lub dramaty przenikają te jakże emocjonalne święta oceni już sam czytelnik…

 

Albo krócej:

no, i po świętach.

 

Zajęło mi trochę czasu nawigowanie po tekście pamiętnika w celu doprecyzowania dat, z którymi związane są konkretne fragmenty tekstu. Dopiero z perspektywy całego pamiętnika mogłem porównać, jak lakonicznie opisane są początkowe lata w porównaniu z późniejszymi:

1902 – jeden wers,

1903 – około jednej strony,

1904 – dwa wersy,

1905 – trzy strony,

1906 – siedem wersów,

1907 – piętnaście stron,

1908 – prawie osiemnaście stron,

1909 – siedem stron,

1910 – osiem stron,

1911 – trzynaście stron,

1912 – prawie osiemnaście stron,

1913 – dziewiętnaście stron,

1914 – trzynaście stron,

1915 – trzynaście stron,

1916 – piętnaście stron,

1917 – trzynaście stron.

 

Regularny opis poszczególnych roczników poprzedzają trzy strony, na których znajdują się daty i miejsca wybranych podróży w latach 1902-1915.

 

Wygląda to dla mnie tak, jak gdyby autorka poświęcała stopniowo coraz więcej czasu na pisanie pamiętnika. Od 1907 nie schodzi poniżej kilkunastu stron rocznie. A jak jest w pozostałych temach pamiętnika, po roku 1917… to już temat na kolejne stypendium.

 

 

# 5. Jak tam interesy?

Dla organistów i organologów to najistotniejsze informacje zamieszczone w pamiętniku. Chodzi głównie o informacje związane z działaniami firmy produkującej organy. Kto? Kiedy?  Dlaczego? Za ile? Jak? Z perspektywy autorki pamiętnika były to jednak sprawy drugo- lub trzeciorzędne. Pozwalam sobie przekazać kilka cytatów związanych ze świdnicką fabryką organów.

 

1905.

„Mój mąż do tej pory odgrywał dość podrzędną rolę [w fabryce], teraz dostał dużo poważniejsze zadania, musiał więcej podróżować i sporządzać kosztorysy itp. czyli starał się być prawą ręką swojego ojca. Dla mnie była to prawdziwa radość”.

 

W dalszej części tekstu zamieściłem jeden z przykładów wspólnej podróży żony i męża, kiedy to wyjazd służbowy połączony został z wyprawą o charakterze bardziej turystycznym.

 

A teraz wydarzenie, któremu poświęcono w branżowej prasie całe stronnice:

 

„29 grudnia 1906 roku świętowaliśmy jubileusz 75-lecia naszej fabryki, to wielka satysfakcja dla pracowników i pracodawców. Mam jeszcze wycinki z gazet, na których to wszystko opisano w pochwalnych słowach. 6 stycznia 1907 roku pewien wrocławski pan, niejaki Kloze, chciał stać się udziałowcem naszego przedsiębiorstwa. Nie doszliśmy jednak do porozumienia. Brakowało mu znajomości naszej branży, zaś mój teść odniósł wrażenie, że chciał on tylko powęszyć u nas i sprawdzić nasze finansowe relacje z bankiem. Wizyta pana „K” nie trwała więc zbyt długo”.

 

Pozostałe sprawy są natury rodzinnej, więc znów dodam coś od siebie o organach. Istnieje katalog instrumentów wybudowanych przez Schlagów, w którym wymienione są prace firmy z lat 1856—1908. Do tego są jeszcze internetowe bazy danych współcześnie zachowanych instrumentów. Z tych źródeł wynika, iż pierwsza część pamiętnika (lata 1902–1917) to czas powstawania wielkich organów w reprezentacyjnych miejscach. Oto lista kościołów, do których w latach 1902—1917 zamówiono i zamontowano ponad czterdziestogłosowe organy ze Świdnicy:

Trzebnica, (Sanktuarium Świętej Jadwigi Śląskiej, 40 głosów),

Chemnitz (św. Jakuba, 62 głosy),

Wałbrzych (Świętych Aniołów Stróżów, 46 głosów),

Ruda Śląska (św. Józefa, 52 głosy),

Kożuchów (kościół łaski, 52 głosy, do dziś zachowała się tylko wieża tego kościoła),

Jelenie Góra (kościół łaski, dziś Podwyższenia Krzyża Świętego, 70 głosów),

Jelenie Góra (Bazylika Mniejsza św. św. Erazma i Pankracego, 65 głosów),

Rybnik (62 głosy),

Wrocław (kościół św. Elżbiety, 71 głosów),

Szczecin (kościół św. Wojciecha, 48 głosów),

Świdnica (Katedra, 41 głosów),

Świdnica (Kościół Pokoju 60 głosów),

Wałbrzych (Kościół Zbawiciela 47 głosów),

Oleśnica (Bazylika św. Jana Apostoła, 41 głosów),

Zielona Góra (dawny kościół ewangelicki, 40 głosów).

Do tego jeszcze oferta złożona na organy do Hali Stulecia i kilkanaście instrumentów, które zamówiono i dostarczono do Meksyku oraz do Afryki.

 

Tu małe podsumowanie i wnioski:

Powyższa lista to około 50.000 piszczałek. Ile to wszystko kosztowało? Wrocław, św. Elżbieta, 22 904 Marek, Zielona Góra 13 700 Marek.

 

Podróże pojawiają się w pamiętniku regularnie. Tutaj fragment z 1907 roku, w którym łączą się sprawy firmowe i „podróżnicze”:

 

„W sierpniu R[einhold] zabrał mnie do Berlina, przy okazji swoich obowiązków. We Frankfurcie odwiedziliśmy wytwórcę organów Sauera, który chciał sprzedać swój warsztat. Jeśli nie okazałby się za drogi wówczas byłoby jednego konkurenta mniej, jednak nic z tego nie wyszło. Współpracownik Sauera sam dalej prowadzi warsztat. W drodze powrotnej jechaliśmy przez Zieloną Górę, gdzie odwiedziliśmy sympatycznych krewnych (Hassel), właściwie nie wiem dlaczego nie utrzymujemy bardziej zażyłych kontaktów z tą rodziną. Od tej wizyty nie mieliśmy już okazji się zobaczyć lub usłyszeć. Ja i mój Rinaldo razem z tutejszą rodziną nie potrzebujemy innych przyjaciół”.

 

Jeśli w 1907 roku firma Sauera była na sprzedaż, natomiast 1913 roku buduje największe organy na świecie, domyślam się, że coś się w międzyczasie zmieniło. Ale to już inna historia. Na budowę tego „rekordowego instrumentu” ochotę miała także świdnicka firma Schlaga, ale została skrytykowana przez Karla Straube, organistę zaangażowanego w przygotowanie tego dzieła, zarazem wykonawcę inauguracyjnego koncertu. Przy okazji podam, że koszt tych wielkich organów wyniósł około 105 000 Marek (200 głosów).

 

Temat firmy Schlag&Söhne (czyli spraw zawodowych na kartach pamiętnika) pojawia się także w 1911 roku, przy okazji wystawy rzemiosła:

 

„11 maja zaczęła się wystawa, dobry czas, wypoczynek dla ducha. Edda, moja siostra oraz Johanna były tu z nami. Dużo wspólnej radości. Na stoisku z rękodziełem kupiliśmy gobelin i poduszki na sofę. Do tego majolikowy dzban z pokrywą jako pamiątki. Za wystawione przez nas organy otrzymaliśmy złoty medal. Już w dniu otwarcia poznaliśmy pana Hoenigera, nauczyciela gimnastyki. Ów pan wspaniale mówił po duńsku i fascynował się północnymi krainami. Miło się z nim rozmawiało. Z powodu wystawy często jestem razem z panną Schöpke, To niezwykle motywująca postać. Można było tam spotkać wielu gości naszej fabryki, wielu spóźniło się na pociąg, nie chcieli opuszczać wystawy. Kupiliśmy wiele losów [na loterii] i spodziewamy się jakiejś wygranej”.

 

Ciekawostka – organy nagrodzone złotym medalem znajdują się obecnie w kościele w Trzebieszowicach (wieś na drodze z Kłodzka do Lądka-Zdroju). Kiedy zobaczyłem je po raz pierwszy zdziwiło mnie to, jak różnią się od budowanych w tym czasie instrumentów w fabryce Schlagów. Miały najwięcej klawiszy w klawiaturach ręcznych ze wszystkich znanych mi instrumentów, niektóre barwy organowe (głosy) montowane przeważnie w pierwszej klawiaturze zamontowano w drugiej, nadspodziewanie dużo dodatkowych zdublowanych włączników i wiele innych detali.

 

Jeszcze kilka prozaicznych informacji:

 

1910.

„W kwietniu 1910 zdecydowaliśmy się na kapitalny remont biura, który już od dawna był konieczny. Najpierw w pokoju środkowym przedzieliliśmy drzwi i zbudowaliśmy barierkę, udało się tam zawiesić telefon. Geisler miał swoje stanowisko w pokoju z tyłu, w środkowym pokoju było stanowisko dla sekretarki. Stanowisko pracy Reinh[olda] przesunięto do przodu. Drzwi wejściowe były wykonane tak, aby otwierały się tylko od wewnątrz. Biuro jest teraz przyjemniejsze, podobnie korytarz. W każdym pomieszczeniu jest teraz elektryczne oświetlenie podłączone do miejskiej sieci elektrycznej. W sytuacja w fabryce była słaba, ale dawaliśmy jeszcze radę. Poszukiwaliśmy kogoś do pomocy, na nasze ogłoszenie zgłosił się brygadzista od Riegera. Jednak nie podjął proponowanego stanowiska”.

 

1911.

„Luty. Zysk w fabryce wyniósł 670 [Marek?]. Największy zysk netto odnotowano w stolarni. W bilansie zakładu organmistrzowskiego brakuje 10 000 Marek.

Marzec. Sekretarka w biurze zakładowym zostałą zastąpiona przez pannę Raftelt”.

 

 

O produkcji i zmianach w fabryce w pamiętniku znajdziemy jeszcze więcej informacji. Zdecydowałem się umieścić je w innych artykułach, które pojawią się niebawem. Będzie tam m.in. o pożarze fabryki, nieporozumieniach, o pierwszej wojnie światowej i wiele, wiele innych.

 

 

# 6. Radość i piękno życia.

Opisy przyrody, emocje spotkań rodzinnych, piękno sudeckich okolic, ekscytacje podróżami, radości i smutki, a także kontakt z naturą (nawet w przydomowym ogródku) zajmują w pamiętniku znacznie więcej miejsca niż tematy organowe. Uprawę warzyw na terenie zakładu budowy organów opisane są precyzyjniej niż instrumenty powstające w wytwórni.

 

Brzmienie organów, które budowano na Dolnym Śląsku na początku XX wieku kojarzy mi się z wrażliwością na piękno, szczególnie to… zamglone, emocjonalne, może trochę ckliwe. Oto tytuły, które pobudzają mogą wyobraźnię w tym klimacie: otchłań spowita mgłą, wieczorny nastrój, zachód słońca.

 

W tekście o organach z 2009 roku przytoczyłem jedno długie zdanie, które przenosi malarskie efekty w świat organów:

 

„Dla kształtu nowych [ówcześnie – M. B.] organów najbardziej miarodajna powinna być – obca dotychczas organom – idea wagnerowskiej orkiestry, z jej zagadkowym tembrem smyczkowym jako podstawą, jej nowatorskimi efektami płynnej dynamiki – aż do najdelikatniejszego cieniowania barwy, z jej różnorodnymi zestawieniami i krzyżowaniem walorów sonorystycznych, z jej prześlizgującymi się i wpływającymi w siebie wzajemnie brzmieniami… sztuka przechodzenia, [sztuka subtelnej zmiany – M. B.]”.

 

„Für die Gestaltung der neuen Orgel sollte der Klangwille des an sich orgelfremden Wagner-Orchesters maßgebend werden, sein hintergründiger Streicherklang als Farbkern, seine neuartigen Schwellwirkungen bis in die zartesten dynamischen Schattierungen hinein, seine mannigfaltigen Mischungen und Kreuzungen von Farbwerten, sein Ineinandergleiten und Verfließen von Klängen … die Kunst des Übergangs”. (W . Gurlitt, Musikgeschichte und Gegenwart. Eine Aufsatzfolge, H. H. Eggebrecht, zeszyt 2, Wiesbaden 1966, s. 77).

 

A ściślej te konkretnie słowa: zagadkowy tembr smyczkowy, najdelikatniejsze cieniowanie barwy, prześlizgujące się i wzajemnie wpływające w siebie brzmienia.

 

Opisy z pamiętnika dostarczają kilka takich obrazów. Na początek:

 

1911

„Jest jesień, na drzewach jeszcze sporo liści, ale już czuć [jesienny] wiatr”.

 

1912

„Światło w ogrodzie było zadziwiające, magiczne cienie, gdy światło księżyca przechodziło przez szyby. Niezwykle fascynujące”.

 

1913

„Codziennie jeździliśmy nad morze, konno i wozem, gdzie kąpaliśmy się, a potem jedliśmy wspaniałe wieczorne posiłki w lesie. Nie może być piękniej”.

 

1915

„Następnego ranka znów wędrowaliśmy po górach; śnieg stawał się coraz głębszy, aż przed nami była tylko jedna wielka tafla śniegu. Spowici we mgle szliśmy dalej, aż doszliśmy w okolice Sowy”.

 

1913

„Pięknie teraz mieszkamy, mamy wokół widok na porośnięte lasami góry, do naszego otoczenia należy też ogród, zgrabnie rozmieszczony na kilku poziomach (tarasach) z różami i owocami karłowatymi. W górnej części ogrodu jest urocza przeszklona altanka z pięknym widokiem. W chłodne dni, gdy świeci słońce robi się tam bardzo przyjemnie. Wspaniałe miejsce na przyjęcia, dobre okolice do spacerowania, piękny kawałek gruntu”.

 

Jeśli ktoś lubi takie klimaty zachęcam do kilku książek, które w ostatnich latach miałem okazję przeczytać (na zdjęciach).

 

Poniżej kilka fragmentów opisujących nie tyle przyrodę i nastrój co przeżycia osobiste, a właściwie połączenie tych elementów.

 

„Zaręczyliśmy się 8 czerwca 1902 roku. Ślub wzięliśmy 10 czerwca 1903. Uroczystość weselna odbyła się w pawilonie morskim w Kopenhadze. Nocowaliśmy w ładnym hotelu, a następnie wyruszyliśmy w naszą wspólną podróż ozdobieni kwiatami. Na dworzec udaliśmy się w towarzystwie wielu znajomych. Najpierw spędziliśmy 6 dni na wyspie kredowej Møn, która zachwyciła nas swoimi białymi skałami i zielonymi drzewami kontrastującymi z barwą morza. Później osiem dni u mojej siostry na wyspie Falster. Rinaldo lubił to miejsce, jednak tęskniliśmy za własnym ogniskiem domowym i dlatego spędzaliśmy w Berlinie tylko dwa dni. Niestety dowiedzieliśmy się, że w Świdnicy malarze i technicy nie skończyli jeszcze prac w domu, musieliśmy się zatem początkowo zadowolić pomieszczeniem dla czeladników Reinholda. Stąd kierowaliśmy pracami wykończeniowymi i dekoracyjnymi; otrzymaliśmy także piękne meble z Wrocławia, i tak zgodnie z gustem uporządkowywaliśmy nasz dom. Byliśmy bardzo zadowoleni z efektu końcowego. 2 lipca 1904 roku urodziłam syna, którego nazywaliśmy Bubi”.

 

Od podróży zaczyna się cały pamiętnik. Temat ten powraca regularnie, wzbogacany sporadycznie barwnymi opisami:

 

1911

„Tego lata były piękne wyprawy samochodem. Najpierw do Jeleniej Góry z Eddą i Johannem. Cieplice, Lubań, Dzierżoniów. Wieczór spędziliśmy w Pieszycach u Matheusa w ogrodzie. Dzieci były z nami jeden raz w Wierzbnej. Dłuższą podróż miała Else przez Strzelno do Brzegu, gdzie odwiedziła pana Ericha Macka. W Strzelinie nocowaliśmy. Samochodem pojechaliśmy też do Szczawna, na kawę w pięknym hotelu uzdrowiskowym. Następnie Piaskowa Góra i Dobromierz. We wrześniu pojawiliśmy się wreszcie we Wrocławiu u Else. W piękny dzień w nowym domu Atzlerów ugoszczono nas kawą. Kupiłam kostium, dla mnie nieco drogi, więc tym bardziej dał mi uczucie nabycia czegoś szczególnego. Reinhold dostał nowy garnitur”.

 

1911

„Jest jesień, na drzewach jeszcze sporo liści, ale już czuć [jesienny] wiatr.

Rinaldo zabrał mnie w podróż służbową, wcześnie rano pojechaliśmy do Świebodzic, potem powozem do Pełcznicy i wreszcie pieszo przez tereny Książa do starego zamku, na śniadanie. Ruszyliśmy dalej do Szczawienka, nie udało się niestety spotkać księdza w domu, pobiegliśmy na tramwaj, który jechał przez Stary Zdrój do centrum Wałbrzycha. Tam mięliśmy więcej szczęścia: kantor był z nami w kościele i odprowadził nas na tramwaj powrotny do dworca Wałbrzych Główny. Dalej pojechaliśmy do Mieroszowa. Kantor i ksiądz towarzyszyli nam w kościele. Najprawdopodobniej [organy mają być] przebudowane. Kupiłam trochę lizaków [lub cukierków z orzechami], które bardzo smakowały Siegfriedowi. Wzięliśmy furmankę w Mieroszowie; wokół miasta są wspaniałe wzgórza. W Rybnicy Małej odprawiliśmy woźnicę i poszliśmy pieszo przez wieś –  było wspaniale, szybko jednak zapadł zmrok. Zmęczeni, z obolałymi nogami dotarliśmy do pociągu w Jedlince [Jedlina Dolna]. Byłam przekonana, że to ostatnia wycieczka tego lata, jednak w piątek pojechaliśmy samochodem do Złotego Lasu i [Modliszowa]”.

 

Jeśli ktoś jechał tymi trasami to – może tak jak i mnie – robi mu się na twarzy błogi uśmiech na wspomnienie tych okolic. Albo czuje rozkoszny przesyt majestatycznymi górami, malowniczymi dolinami, przytulnymi domkami… przypomina mi się tu opis zabytkowych kościołów z książki M. Wańkowicza: Ja tobie z góły powiem: zbudowany w jakimś tam wieku w stylu łomańskim, w innym jakimś spalony i w innym odbudowany, przy czym ma trzy nawy i kogoś tam pochowanego, a w skałbcu bujda, bo było, ale zawsze ktoś kiedyś zabłał — no tełaz wiesz wszystko, to nie idźmy…”

 

To może z innej beczki: wzmianka o zaćmieniu, najprawdopodobniej 17. 04. 1912 roku:

 

„Dotarła do nas informacja o zaćmieniu słońca, teść się ucieszył. Wreszcie nadszedł dzień zaćmienia, niesamowite niebieskie niebo. W południe teść przyniósł klisze fotograficzne co pozwoliło nam na obserwowanie wspaniałego i rzadkiego zjawiska. Światło w ogrodzie było zadziwiające, magiczne cienie, jak światło księżyca przechodziło przez szyby. Niezwykle fascynujące”.

 

Z domowej codzienności:

 

1907

„(…) zależało mi na utrzymaniu domu, wydawaniu poleceń, haftowaniu gobelinu, marynowaniu słodkich owoców na zimę, Rinaldo szczególnie je sobie cenił, sprawiały mu radość”.

 

1916

„Wrzesień – byliśmy bardzo zajęci przygotowaniem żywności na zimę, mamy prawie 200 litrów musu śliwkowego, a także 200 l. buraków ugotowanych na sok, Rinaldo sam zaprojektował i wykonał w fabryce specjalną prasę, dzięki temu mogliśmy nieco zaoszczędzić. Mieliśmy wspaniałe zbiory orzechów, może 1 centar [około 50 kg.]. W tym roku gruszek było znacznie mniej, ale sporo ich zawekowaliśmy. Kupiliśmy od Alice dużo jabłek”.

 

 

Oszczędni Świdniczanie w Wielkim Mieście:

1914

„Styczeń i luty minęły bardzo szybko. Na początku marca czuć było już wiosenne powietrze. Rinaldo mówi, że byłam bardzo oszczędna, więc chciałam zrobić sobie specjalny prezent urodzinowy z okazji przekroczenia w tym roku 12% zysku. Zachwycony wymyślił, że powinniśmy pojechać do Berlina. Alice się przyłączyła, byliśmy w operze, pałacu lodowym, cyrku, restauracjach, kawiarniach, itp. Było po prostu cudownie. Pan Hans Mack i jego kuzyn spędzili z nami kilka wspaniałych godzin, Alice i ja dostałyśmy nowe kurtki, czapki, tkaniny na odzież, buty, pończochy, elegancką bieliznę i nie tylko. Kiedy wróciliśmy do domu, udało nam się szybko zarządzić przygotowania na przyjęcie, a osiem pań cieszyło się z mojego bogatego stołu z prezentami. To był wspaniały dzień, w którym kładliśmy się się spać z wdzięcznością w sercu. Tak to już jest na tym świecie, wkrótce nad słonecznym niebem pojawi się ciemna chmura”.

 

 

Ośmielę się zakończyć tym powyższym zdaniem, może trochę w stylu „Nested Loop”.

 

 

# 7. Trudne sprawy.

Było tego trochę. Co wybrać, żeby nie przesadzić. Może na początek pożary.

 

1910

„Eleonora Munck to urocza młoda dziewczynka, stara się bym była zadowolona, jednak 28 lutego przydarzyło się jej małe nieszczęście. Eleonora była o zmroku z Sieg[friedem] sama w szklarni, ja spacerowałam w ogrodzie, kiedy się wróciłam zobaczyłam E. płaczącą ze spalonym obrusem i kołdrą. Przyczyną było jej nieostrożne obchodzenie się z zapałkami. Straty udało się pokryć z naszego ubezpieczenia pożarowego. Na szczęście Siegfriedowi nic się nie stało”.

 

Kolejny fragment już się pojawił w opisie świątecznych dni. Ale powtórzę go dla statystycznej poprawności.

 

1911

„Niestety nasza bajka nie trwała długo. Gdy tylko zaintonowaliśmy pierwszą piosenkę żarząca się iskra z małego drzewka spadła na watę i nasza wspaniała dekoracja stanęła w płomieniach. Szybko przynieśliśmy wodę i ogień został ugaszony. Nie wszystko udało się uratować, ale cieszyliśmy się, że nie było poparzeń. Alice wezwała agenta ubezpieczeniowego, który szybko wypłacił 40 Marek”.

 

Ostatni pożar, chociaż najwcześniejszy, jednak najdramatyczniejszy:

 

1905

„W środku kwietniowej nocy zostaliśmy nagle wyrwani ze snu. Na ulicy słychać było głośne krzyki i syreny, zobaczyliśmy niebo zaczerwienione od ognia; szybko ubraliśmy się. Nasz niepokój był niestety słuszny: fabryka stała w ogniu który strawił jej znaczną część powodując poważne straty. Od dłuższego czasu mój teść i brat nie byli zgodni; teraz stało się to jeszcze bardziej odczuwalne. Jak powinna być odbudowana fabryka? Tu nie było zgody”.

 

Następstwem pożaru była odbudowa, ale…

 

1907

„Kłótnie przy budowie fabryki były zaciekłe. Mój teść wziął pożyczkę z Banku Weissa, a wuj Oskar wypłacił 75.000 Marek. Następnie spisał nowe umowy, które podpisaliśmy jako jego dzieci. Z treści tych dokumentów wynikało, że całe nasze mienie zostaje przekazane na rzecz zakładu. Dzień negocjacji był już ustalony w sądzie”.

 

„Wiele działo się w rodzinie. Wuj Oskar próbował obciążyć naszą fabrykę kredytem, to wywołało naturalnie bunt u wspólników”.

 

1913

„Bardzo zadowoleni wróciliśmy do Świdnicy”.

 

Ale…

 

„W międzyczasie doszło do napięć w fabryce między komandytariuszami, po części przez zazdrość, że udało się nam wyjechać na wakacje. Wiadomo, gdy kota nie ma, myszy harcują. Za plecami łatwiej jest obmawiać, co innego gdyby od razu można by było się obronić. Prawdopodobnie dlatego pan Hammer nadstawiał uszu, gdy omawiano niepowodzenia w fabryce. Reinh. starał się wszystko wyjaśnić, sprawy zawodowe, sprawy prywatne. W efekcie wszystko było tak jak wcześniej, a do tego doszła jeszcze frustracja przez stracony czas, dodatkową pracę. Pan Hammer był chory ze złości”.

 

„I znów przykra sprawa, mianowicie walne zgromadzenie, na którym wychodzi na jaw prawdziwe nastawienie poszczególnych osób. Fritz Dingler jest niezwykle pewny siebie i chciałby zostać naszym dyrektorem, choć nie rozumie wielu istotnych spraw. Bruno częściej oddawał się swojej dawnej słabości, tak że przyjaciele namówili go, by został członkiem Gutemblara. Willy D. nie śmiał tu się wypowiadać, jest on najsympatyczniejszy z nich wszystkich, szwagier August wydaje się być wściekły, bo w testamencie poczuł się zbytnio pominięty. To się tak ciągnęło cały rok, trudno było się dogadać. Nagrobek miał być opłacony, ale okazało się, że tylko Else chce przeznaczyć swoją część spadku na ten cel, pozostali zachowują się jak wrogowie. Resztą dzielą się Alice i Reinhold. Pierścionek z brylantem, który należał do teścia był częścią spadku, Alicja tak naprawdę nie chciała w to uwierzyć, musiała jednak ustąpić po korespondencji z panią Dingler. Początkowo pierścień przekazano Aug. Hartmanowi, by się nim zaopiekował, ale Reinhold odkupił go za 600 Marek z czym większość spadkobierców się zgodziła. Na walnym zgromadzeniu pani Dingler sama wytypowała się do rady nadzorczej spółki razem z Aug. H., ale dwaj członkowie tej rady nie byli zgodni już przy składaniu pierwszego podpisu, okazało się więc, że zaistniała sytuacja jest patowa. Pani Dinsler była wściekła, więc pisała niewybredne listy. R. chciał zrezygnować ze swojego stanowiska. Zaręczyny Willy’ego zostały zerwane. Zatrzymać Else przy sobie to jak więzić wściekłego lwa za kratami. Angażowanie pana Hammera budzi wątpliwości, on zwykle uparcie stawia na swoim. Pan H. dzięki większości w głosowaniu zostaje jednak zatrudniony, liczymy więc na pomyślną współpracę i znaczną korzyść dla naszej działalności”.

 

Mam pytanie do publiczności: o co może chodzić w byciu „członkiem Gutemblara”? Tekst oryginalny jest następujący:

 

„sodass seine Freunde ihm bewogen haben im Gutemblar Mitglied zu sein.”

 

Najdramatyczniejszym epizodem mieszczącym się w całości tej części pamiętnika jest choroba syna autorki.

Opis narodzin był w #6, kończył się słowami:

 

„2 lipca 1904 roku urodziłam syna, którego nazywaliśmy Bubi.”

 

To zdanie kończyło opis ślubu, wesela i podróży nowożeńców. Później kilka uwag o spóźniających się pracach budowlanych w domu dla młodej pary. A następnie, trzy strony dalej czytamy słowa, które mogły być pisane ze łzami w oczach:

 

„Nie chcę szczegółowo opisywać wszystkich przykrych przeżyć wynikających z choroby dziecka, które dotknęły nas w pierwszym roku naszego skądinąd szczęśliwego małżeństwa. Wiele łez mnie to kosztowało, wierzę jadnak w dobry Boży plan a mój ukochany małżonek wielokrotnie dawał mi dowód swojej niewzruszonej miłości. Dzięki temu nasza więź stała się tyleż mocniejsza ileż więcej potrzeba bliskości w takim kryzysie. Nasze dziecko było nieuleczalnie chore, co dopiero w latach 1906/1907 stało się dla nas całkowicie jasne. Mięliśmy nadzieję na poprawę, niestety sytuacja się nie poprawiła”.

 

1907

„Problemy zdrowotne dziecka bardzo mnie obciążały. Musiałam uporządkować moje rozchwiane emocje. Rodzina się rozwijała, nasz domek zrobił się nieco przyciasny. Było nas w sumie 4 dorosłych i 2 dzieci”.

 

1908

„1 lipca nasze bejbi zostało ochrzczone i otrzymało imię Siegfried Theodor Schlag. (…) Bubi miał się trochę lepiej. Właściwie już nie płakał i cieszył się kiedy mógł leżeć w swoim wózku, pogodny i zadowolony. Jakże okazało się to mylące, 8 sierpnia był już chory, a 10 sierpnia przyszedł Pastor Wolf, w sprawie chrztu. Wówczas widziałam, że Bubi słabnie nieodwracalnie (…). Dr Wischop dodał, że zostało mu najwyżej kilka dni życia, już 17 sierpnia o godzinie 1 ½ Bubi na zawsze zamknął swoje oczy. 20 sierpnia o godz. 8 odbył się pogrzeb. Uczestniczyła w nim moja starsza siostra Edda, która przybyła dzień wcześniej, by odwiedzić nas latem. Była z nią także Edith i moja kuzynka Ellen. Powiedziały one, iż Bubi pięknie wyglądał, zaś dla nas ulgą było jego spokojne ostatnie zaśnięcie. Stara Maria włożyła mu w rączkę bukiecik fiołków, który naturalnie wspierał się o koronkową sukienkę. Jego wielkie zamknięte oczy z długimi ciemnymi rzęsami i urocze kręcone blond włosy upodabniały go do wielkiej woskowej lalki. Po obu stronach trumny umieściłam białe kwiaty. Dziękowałam Bogu, że wziął do siebie tego małego niewinnego aniołka. Chciałam o tym nie myśleć, a w tym pomagało mi opiekowanie się moim braciszkiem”.

 

To jeden z dwóch zanotowanych w pamiętniku przypadków śmierci w najbliższej rodzinie autorki. Kilka wersów pod opisem zaćmienia słońca (17. 04. 1912) czytamy następujące słowa:

 

„Dwa dni później teść był wezwany na spotkanie do banku oszczędnościowo-pożyczkowyego, nie mógł się tam wybrać, bo był chory. Położył się w łóżku, dostał gorączki. Nie chciał lekarza, leczył się sam, kąpiele zdrowotne [nasiadowe] i tym podobne. Twierdził, że na dzień swoich urodzin będzie czuł się już lepiej. Siedział zawinięty na sofie przez kilka godzin dziennie; my wszyscy wokół niego, ale on nie mógł nic jeść, żadnego ciasta, żadnych owoców, nawet apetycznego ananasa. Wygląda tak smutno, że sprowadziliśmy doktora wbrew jego woli i tylko podstępem zaprowadziliśmy go do sypialni. Dr orzekł, że stan pacjenta jest poważny, ale nie beznadziejny. Alicja zajmowała się codzienną pielęgnacją, pomagała jej Edith ścieląc łóżka w salonie, najwygodniejszym miejscu ze względu na przylegającą łazienkę. Lekarz przychodził dwa razy dziennie, teść był bardzo cierpliwy i wdzięczny, ale jego widok był zawsze smutny. Informowaliśmy jego klientów o tej ciężkiej chorobie. Przychodziło wielu gości i pytało o jego zdrowie, byli wszyscy urzędnicy z fabryki. Był też Bruno i Magda, która pojawiła się ostatniego dnia. Ciągle mięliśmy nadzieję. Magda pojechała do domu a my poszliśmy do łóżka. Rano 3 maja Alice przyszła i powiedziała mi, że wieczorem o godzinie 11 nieszczęsny teść, który tak kochał życie, wydał ostatnie tchnienie, bez bolesnej agonii. Pochowano go 6 maja w poniedziałek, jego pogrzebowi towarzyszyło wielu żałobników, sam pochówek był wyjątkowo uroczysty. Przyjechała moja mama z Danii razem z dziećmi Clarą i jej mężem z Bergen. Bruno też przyszedł zanim trumna została zamknięta. Jego żona była pierwszy raz w naszym domu. Dzieci [teścia?] zachowywały się inaczej niż można się było spodziewać w takich okolicznościach. Teraz okaże się, jak radzą sobie z Alicją – wszyscy zostali życzliwie przyjęci i mamy nadzieję, że uda nam się dojść do porozumienia w sprawie podziału testamentu. Sam testament był bardzo wadliwy, miał już 15 lat. W tym czasie dużo się zmieniło, względem mojej siostry jak i dla nas treść tej ostatniej woli była rozczarowująca”.

 

Na następnej stronie czytamy:

 

„Zamówiliśmy nagrobek u wrocławskiego artysty, dzieło jest już w połowie gotowe. Przedstawia zasmuconą kobietę, której lira delikatnie wyślizguje się z dłoni. Nagrobek zamówiliśmy po nowym roku nie wiedzieliśmy czy to była odpowiednia pora”.

 

To najtrudniejsze – w moim odczuciu – tematy zanotowane w pamiętniku. Gdybym opisywał takie przeżycia z własnych doświadczeń nie jestem pewien, czy potrafiłbym utrzymać dystans wobec opisujących je słów. Autorka wspomina wielokrotnie o swoich dolegliwościach zdrowotnych, dla przykładu:

 

1907

„Po tym wszystkim pogorszyło się moje zdrowie. Podejrzewałam nieżyt żołądka, natomiast przybyły lekarz był innego zdania ja zaś musiałam się z tym pogodzić i być dobrej myśli. Mimo wszystko towarzyszył mi głęboki strach, iż nie uda mi się urodzić drugiego zdrowego dziecka”.

 

1912

„W styczniu było dużo śniegu i bardzo zimno, przez dłuższy czas 10-13 stopni poniżej zera. Trudno jest utrzymać odpowiednią temperaturę w mieszkaniu na parterze. Dzieci są jednak wesołe. Ja sama zaś liczę na poprawę zdrowia, bo źle się czuję”.

 

1907

„Razem z Eddą wybrałyśmy się na kilka wspaniałych wiosennych wypraw w pełen bujnej zieleni region Bukowiny, było przeważnie bardzo chłodno i doskwierała mi moja rwa kulszowa. Dolegliwości reumatyczne w ostatnich latach stały się znacznie silniejsze, prawdopodobnie za sprawą częstego przebywania w zbyt lekkim odzieniu (negliżu).

 

Jeśli ktoś mieszka w przedwojennym świdnickim domu i narzeka na ogrzewanie, wilgoć i robotników to…

 

1911

„Maj. Udało się pozbyć wody z piwnicy i na nowo zacementować. Robotnik ukradł nam 7 Marek. (…) W lutym pękły nam rury wodociągowe, spory kłopot”.

 

Złodziei też wtedy nie brakowało:

 

1909

„Aparat fotograficzny, który przyniósł wuj Sacher został skradziony z [ogrodowej] kolumnady razem z dwoma kocami. Nie odzyskaliśmy tych przedmiotów”.

 

 

# 8. Pokojówki

Jeśli ktoś zatrudnia pokojówkę, to… pewnie jej płaci, a skoro płaci to znaczy, że dysponuje pieniędzmi. Nie musi robić sam, deleguje zadania jak szef, kierownik, dyrektor. Tak w moim odczuciu było i jest to aktualne także dzisiaj. Jeśli Szanowny Czytelnik zapoznał się z poprzednimi tekstami sprawa staje się mniej jasna: wiele słów zdaje się świadczyć o braku swobody finansowej w firmie czy w domu Schlagów, o konieczności oszczędzania. Najwyraźniej jednak poziom był na tyle wysoki że:

 

1907

„Początkowo utrzymywałam 15-letnią pokojówkę, później przez rok miałam już [inną] miłą 18-letnią panienkę, a także starszą nianię dla Bubi”.

 

Pokojówka nie musi zawsze wiązać się z wydatkami:

 

1909

„Przeczytałam w gazecie o pokojówce, która chętnie i bez wynagrodzenia chce uczyć się gotowania, lubi dzieci. Miałam zatem szczęście z tym ogłoszeniem, gosposia stawiła się u nas, okazała się znakomita w kontakcie z naszym „braciszkiem”, jadnak do dbania o dom nie miała talentu”.

 

Talenty (m.in. kulinarne, interpersonalne) i umiejętność dopasowania się do rodziny dla autorki pamiętnika są jednym z bardziej istotnych powodów pisania o zatrudnianych lub odprawianych gospodyniach. Chociaż…

 

1911

„W czerwcu odeszły obie pomoce domowe, Martha Tannhäuser wychodzi za mąż, zastąpi ją pochodząca z Wrocławia pokojówka, która raczej nie pasuje do naszego domu. Else Schlag zajęła się gotowaniem, a to dla mnie duża ulga – pomoc przy dzieciach podczas mojej nieobecności”.

 

Czy dom Schlagów był atrakcyjnym miejscem zatrudnienia dla gospodyń domowych? Trudno to ocenić na podstawie akurat tej części pamiętnika. W latach 1902-1917 na rynku sporo się zmieniło. Nic dziwnego zatem, iż…

 

1917

„W październiku zwolniliśmy służącą, dostała lepiej płatną pracę w Berlinie. Wszystkie dziewczęta szukają teraz pracy w przemyśle wojennym lub fabrykach amunicji, gdzie zarobki są wysokie, więc trudno o pokojówki. Z tego powodu zdecydowaliśmy się tej zimy radzić sobie bez ich pomocy. Zebraliśmy plony z ogrodu, mamy dużo pomidorów, maliny były świetne w tym roku, poza tym zbiory warzyw były mierne. Przygotowaliśmy wystarczająco dużo, by przetrwać zimę. Nie dostrzegliśmy niedoboru węgla mimo utrudnień w transporcie, więc udało nam się zdobyć wagonik z kopalni, chociaż węgiel jest dostarczany tylko poprzez centralne zarządzanie na kartki”.

 

Niektóre słowa z powyższego cytatu w 2023 roku brzmią mi troszkę znajomo. Pokojówki nie ma, więc pasuje tutaj inny fragment:

 

1912

„Sama musiałam gotować i nie było mi z tym dobrze, Else jest jeszcze ze mną, ale wyjeżdża w lipcu do Bawarii, mnie będą potrzebne dwie opiekunki do dzieci”.

 

Widać jak zmieniały się priorytety.

Pozwolę sobie jeszcze na małą dygresję językową. Jak nazwać pomoc domową? Jak tłumaczyć z obcego i dawnego języka zwroty opisujące takie osoby? Słyszałem kiedyś o pokojówkach (słowo kojarzy się z hotelami), współcześnie zaś o opiekunkach (do dzieci), sprzątaczkach (hotele, instytucje, firmy?), gospodyniach/gosposiach/pomocach domowych (praca w prywatnym domu), sekretarkach/asystentkach (pomoc biurowa). W pamiętniku, spisanym po niemiecku przez Dunkę to głównie słowo: panienka (Mädchen/Fräulein).

Czasami jest to bardziej doprecyzowane:

Kontorfräulein/Im Geschäft ist auch ein neues Fräulein engagiert (pomoc do biura, sekretarka).

 

Mädchen für die Kinder (pomoc do dzieci, opiekunka).

 

Dienstmädchen (służąca?).

 

Wyszukiwarki po wpisaniu słowa „Mädchen, Fräulein” lub „panienka” dają wyniki akcentujące inne znaczenie tego słowa (młoda dziewczyna/dziewczynka).  Mädchen może być rozumiane zarówno jako noworodek płci żeńskiej, jak też nastolatka lub niezamężna. Ale jest nieoficjalny limit wiekowy. Drwiący zwrot „stara panna” to już inne słówko: Jungfer. Ale tak określano dawniej również służące. Dla Pani Schlag to słówko także było już archaiczne.

 

Mam jeszcze w brudnopisie sporo przygotowanego tekstu z pamiętnika. Został wątek zalotników, podejrzanych biznesowych interesantów, spraw zdrowotnych nie brakuje. Ale może już wystarczy trudnych spraw na jeden raz.

 

 

# 9. Wojna!

Obszerny fragment dotyczący początku wojny umieściłem w #2. Teraz przeglądam pamiętnik w poszukiwaniu wojennych klimatów… i znajduję już kolejną stronę typu: Boże Narodzenie przyjemnie, krajobraz zimowy – piękny. Ale uwaga! Nagle:

 

1914

„Jesienią pan Hammer (komandytariusz firmy) kazał rozkopać ogród fabryczny, usunąć wszystkie zepsute drzewa, także sosny, świerki i brzozy. Krzewy bzu zostały przesunięte, usunięto także małą sielankową altanę. Posadzono około 20 nowych drzew owocowych. Stary ogród był zdecydowanie ładniejszy, niechętnie wyrażaliśmy zgodę na te zmiany. Ponadto rozebrano szopę przy willi Pohl, a całą łąkę przekształcono na działkę ogrodową, każdy otrzymał 300 metrów kwadratowych. Posadziliśmy 4 grządki truskawek, kilka krzewów kolczastych

i malinowych; teraz sadzimy ½ centara młodych ziemniaków. (1915) Bruno i p. Hammer założyli sobie kurnik”.

 

Następnie opis podziału majątku, przyjęcie na Chłopskiej Górze (Seyler/höhe).

O! Jest coś             o wojnie:

 

„W fabryce jest nadal spokojnie, koszty są wysokie, chcielibyśmy aby wojna się skończyła i zaczął się ożywiony biznes. – W domu od dłuższego czasu też jest spokojnie, na zewnątrz zimno i wietrznie, w Świdnicy nic się nie dzieje. Raz poszliśmy do teatru, a raz na dziecięce przedstawienie (Czerwony Kapturek). Serce Irmelin-Rose zabiło szybciej, gdy przyszedł wilk. Kiedy spacerowaliśmy tego dnia po lesie zrobiła gniewną minę, gdy naśladowaliśmy wycie wilka. (…) Tej zimy było niewiele radości, tęskniliśmy więc za pięknym zimowym krajobrazem. Pojechaliśmy w niedzielny poranek do Walimia nowym elektrycznym pociągiem, potem pieszo przez Rzeczkę do granicznej baudy, gdzie spotkaliśmy wielu narciarzy i radosne towarzystwo. Byli tam również znajomi ze Świdnicy”.

 

Jakże bym się cieszył mogąc pojechać kolejką elektryczną do Walimia. Resztki trasy bardzo wyraźnie widać w terenie, zaś sam sprzęt z tej kolejki jest teraz eksponowany w SAMEJ WARSZAWIE! Konkretnie gdzie

 

Wklejam link dla zainteresowanych:

https://www.kolej.one.pl/~halski/linie/walim/walim.html

 

Wycieczki zimowe i koncerty wypełniają kolejne wersy pamiętnika. Wojna pojawia się raczej jak odległe echo:

 

1915

„W kwietniu hrabia Pückler dał koncert beethovenowski, z którego dochód miał zostać przeznaczony dla ubogich żołnierzy. Było wspaniale, sala była wypełniona znakomitą publicznością. Książę Camenz z żoną byli obecni i mieli zarezerwowane dwa dodatkowe krzesła z przodu. Potem zamienił on kilka słów z Reinholdem. Profesor Irrgang z Berlina zorganizował w Kościele Pokoju koncert na rzecz niewidomych żołnierzy; równie wspaniałe wydarzenie – organy w pełni swej świetności. Po koncercie poszliśmy z różnymi przyjaciółmi do winiarni Winzig. Dyrektor muzyczny Drohla i Reinhold powinni zaciągnąć się do wojska, obaj mieli jednak nadzieję uniknięcia służby, ale Drohli się jednak nie udało. Początkowo przebywał w Świebodzicach. Jego ojciec zmarł niedawno, a szwagier zginął na wojnie. Bruno został wezwany do Wołowa za Wrocławiem, ale Gottlob załatwił Rinaldo zwolnienie ze służby wojskowej. W maju mogliśmy więc z ulgą świętować urodziny Siegfrieda”.

 

1916

„Luty: Sporo czasu minęło od ostatniego wpisu w moim drogim pamiętniku. Eggert jest powołany do wojska i stacjonuje niedaleko Kopenhagi i niestety nie był w stanie kontynuować pracy z elementami organów od Walkera z Frankfurtu. Dopiero teraz przetransportowano je przez granicę; ale z czasem wszystko się ułoży. Tak, ta straszliwa wojna wciąż trwa i komplikuje wiele spraw; mimo wszystko cieszymy się z naszego pozytywnego nastawienia, mimo drożyzny i wielu utrudnień. Reinhold nadal jest zwolniony ze służby wojskowej, a biznes ma się całkiem znośnie”.

 

W czasie wojny Schlagowie zdecydowali się wynająć swój świdnicki dom i przeprowadzić się na wieś. To wątek opisany bogato, zasługuje na osobny tekst. Jednak w kontekście wyprowadzki poniższy fragment będzie jaśniejszy. Chodzi o słowo „dzierżawa”.

 

„Dzierżawa jest teraz dla nas bardzo ważna, trzeba dobrze dokładnie kalkulować, bo gospodarstwo domowe kosztuje dwa razy więcej, trudno dostać potrzebne towary, takie jak masło, mleko, ser itp. Prawie wszystkie towary tłuszczowe są konfiskowane przez administrację wojskową na potrzeby militarne, warzyw jest pod dostatkiem; ale jedzenie mniej smaczne spożywa się niechętnie. Mój zapas mąki się kończy. Tak! to wszystko rzeczy, o które wcześniej się nie troszczyliśmy. Podobnie jak w wielu innych miastach w Świdnicy ustawiono flagę wojenną, składającą się ze świdnickiego herbu miasta, który jest otoczony wieńcem z liści dębu. Wszystko to wykonane jest z drewna i otoczone ramą. Całość pokryta jest gwoździami na pamiątkę zbrojnych, pancernych czasów. Każdy mieszkaniec może samodzielnie wbić gwóźdź, to kosztuje od 25 fenigów do 10 marek. Za 50 można kupić srebrne gwoździe a za 100-500 złote. Na większych wygrawerowane jest imię darczyńcy. Przekazaliśmy złotą monetę o wartości 100 marek, a także wzięliśmy udział w uroczystości z muzyką i przemówieniami. Jeden gwóźdź wbiła Alice. Całkowity dochód w wysokości około 15 000 marek przeznaczony jest dla inwalidów wojennych. Dla pogrążonych w żałobie korpus oficerski zorganizował wieczór teatralny z muzyczną herbatą, podczas którego pomieszczenia teatru udekorowano licznymi kwiatami, roślinami i wazami z majoliki. Byliśmy jeszcze na kilku koncertach zorganizowanych w czasie zimy. Szczególnie wyróżniał się młody skrzypek Bergmann”.

 

A teraz wspomnienie z przyjęcia urodzinowego:

 

Marzec 1916

„Wszystkie moje znajome przyszły na moje przyjęcie urodzinowe, nasze pokoje były pełne najpiękniejszych wiosennych kwiatów. Kolory i zapach nastrojowo rozchodzą się po domu. Do kawy mieliśmy mnóstwo tortów i ciastek, później pito moje zdrowie szklanką ponczu ananasowego, nie było więc śladu wojennej traumy. Wcześniej spędziliśmy towarzysko wieczór u nas, innym razem my byliśmy zaproszeni na kolację do doktora Tachischwitz, to jest dowód na to, że przydzielone racje chleba, mąki i cukru są jeszcze znaczne i Anglia nie zagłodzi nas odcinając dostawy z Rosji”.

 

Później kilka słów o uprawach, niby nie pojawiają się militarne tematy:

 

1916

„Wraz z nadejściem wiosny szybko zasadziliśmy grządki warzywne w pobliżu fabryki. Teraz trzeba je przycinać, odchwaszczać i podlewać. Chociaż jest to dużo pracy, teraz, gdy wszystko jest drogie, jest to pomoc dla (…)”

 

Informacja, że „wszystko jest drogie” to wskazanie na problemy wojenne (znana nam współcześnie z kilku ostatnich lat). W tym miejscu wyjątkowo ostatnie słowa jednej stronicy nie przechodzą w kolejną. Albo kartka wypadła, albo… coś innego.

Siano – przy tych wszystkich innych sprawach – niepozorna rzecz, ale jest tu jednym z symptomów czasu wojny:

 

1916

„Ze stacji Świdnica Miasto przyjeżdża codziennie wiele ładunków siana, które są belowane i ładowane z powrotem do stacji Świdnica Przedmieście a później na front. Siano kiedyś kosztowało 3-4 marki teraz 8–9 Marek. Chociaż bardzo suche nowe siano było dobrze przygotowane”.

 

1916

„W listopadzie Rinaldo musiał ponownie stawić się jako poborowy. Było dla nas błogosławieństwem, że został zwolniony ze służby wojskowej.”

 

1917

„We wrześniu szwagier Hartmann i Magda świętowali w Strzelinie swój srebrny jubileusz, na który zostaliśmy zaproszeni. To była bardzo miła rodzinna uroczystość, na której nie odczuwaliśmy wojennej zawieruchy, zwłaszcza jeśli chodzi o nasz stół. Ale jubileuszowa para odczuwała niepokój, bo nie otrzymała od swojego syna Ernsta wiadomości już od ponad roku. Podejrzewali zatem, że już nie żyje”.

 

1917

„Teraz, kiedy zbliżają się moje urodziny i chciałabym lepiej przyjąć moich gości, ale zdaję sobie sprawę, że jest trudniej niż rok temu, nie ma już ziaren kawy. Musiałem oszczędzać mąkę, a do tego można dostać tylko jedno jajko tygodniowo. Przypadkowo zdobyłam jeden płaszcz, a nasz gospodarz był na tyle miły, że dał mi trochę cukru, czyli towaru, którego bardzo nam brakuje. Ponczu ananasowego w tym roku nie było.

W każdym razie 11 marca świętowaliśmy, pojawiły się wszystkie znane panie i przyniosły kwiaty oraz noże do owoców z rękojeściami z masy perłowej.”

 

1917

„W fabryce radość, bo wreszcie możemy sprzedać organy do Poznania a nawet do Rawicza. Instrument jest powiększony, z ozdobnym prospektem z betonu gipsowego. Bruno jest na urlopie na czas nieokreślony i tymczasowo zwolniony z wojska.”

 

1917

„Wydałam dużo pieniędzy na ubrania dla dzieci. Dzięki Bogu, są chociaż za to wdzięczni. Trudno jest dostać to, czego potrzeba, ponieważ wszystko można kupować tylko na kartki. Niestety wszystkie towary są strasznie drogie. W miarę jak dzieci rosną i stają się większe, potrzebują też więcej”.

 

1917

„Zebraliśmy plony z ogrodu, mamy dużo pomidorów, maliny były świetne w tym roku, poza tym zbiory warzyw były mierne. Przygotowaliśmy wystarczająco dużo, by przetrwać zimę. Nie dostrzegliśmy niedoboru węgla mimo utrudnień w transporcie, więc udało nam się zdobyć wagonik z kopalni, chociaż węgiel jest dostarczany tylko poprzez centralne zarządzanie na kartki. W fabryce w ogóle nie można już budować nowych organów, ale udało nam się otrzymać kilka zamówień na skrzynki do detonatorów i wojskowe drewniane podeszwy. Handel drzewny przynosił dobre zyski, ale niestety budowa organów była zatrzymana. Dywidenda 0% Jeszcze nigdy nie spędziliśmy świąt tak oszczędnie jak w czasie tej drożyzny, choć prezentów na stole nie brakowało były rozważnie wybierane”.

 

W następnym zeszycie pamiętnika opisany jest koniec wojny. Pojawiają się tam m.in. takie słowa: „kein Soldat will mehr kämpfen” oraz „Ich habe mir den Frieden ganz anders vorgestellt”. Ale tym – mam nadzieję – uda mi się zająć za rok.

 

 

# 10. „Dramaturgia” pamiętnika

Kiedy dostałem pamiętnik do rąk i zacząłem go przeglądać, byłem ciekaw wszystkiego, byłem też lekko rozczarowany, że może… spodziewałem się czegoś innego, że za mało o organach i o Świdnicy, że to co tam znalazłem słabo przystaje do mojego dotychczasowego wyobrażenia o produkowaniu organów przez Schlagów. Kiedy przeczytałem już całość mogę stwierdzić, że właściwie o jest sporo o każdym interesującym mnie temacie. Może to kwestia wieku, ale ośmielę się napisać, że najbardziej ucieszyłem się z ckliwych opisów sudeckich terenów, górskich wędrówek po lesie, pięknych przeżyć przy domowym stole. To właśnie moje dzieciństwo, tereny gdzie – jak dotąd – spędziłem większość mojego życia. Podobnie jak w czasach wojny (1914-1918) opisanych w pamiętniku, również w ostatnich latach (2020-2023) można by wspomnieć o drożyźnie lub czasowej niedostępności jakichś towarów, m.in. brak nowych samochodów, albo czekanie kilka miesięcy na obrotowe kamery z miasta 深圳, potem prawie rok oczekiwania na reklamację jednej z nich (nie chciała się obracać tak jak producent opisywał) i wróciła z serwisu w takim stanie w jakim ją tam wysłałem. Do tego zaskakujące ceny paliw, które były kiedyś politycznym żartem („teraz (2012) to paliwo może być nawet i po 7 złotych” zob. https://www.bankier.pl/wiadomosc/Tusk-Teraz-to-paliwo-moze-byc-i-po-7-zl-3150104.html), a w latach 2020-2023 widziałem cenę paliwa 9,99 złotych (większa kwota nie mieściła się na wyświetlaczu). To może odnośny cytat z pamiętnika:

 

1917

„można dostać tylko jedno jajko tygodniowo”

O cenach z 1918 roku dowiedzieć się można więcej z kolejnej części pamiętnika (1918-1926). Dla przykładu: jedno kurze jajko kosztowało jedną Markę, a sama kura 18 Marek (przypomnę tylko, że szkody z domowego pożaru w wigilię 1911 pokryło odszkodowanie w kwocie 40 Marek, czyli tyle co w 1918 dwie kury i jedno skrzydełko).

 

Kiedy zacząłem tłumaczyć pamiętnik zwróciła moją uwagę kolejność pojawiających się opisów. Najpierw lista wycieczek, później opis domostwa, a dopiero na koniec szczegółowy opis wydarzeń. Dopiero teraz z perspektywy całości zdaję sobie sprawę, że nie w takiej kolejności było to wszystko notowane. Początkowe strony służyły jako swego rodzaju spis treści. Podróże opisywane na dalszych kartach pamiętnika były najprawdopodobniej osobno zanotowane jako data i miejsce na początku pamiętnika. W 1916 roku pojawia się określenie „mein lieber Tagebuch”, czyli „mój drogi pamiętnik”. Pełne zdanie brzmi:

 

„Sporo czasu minęło od ostatniego wpisu w moim drogim pamiętniku”.

 

Takie słowa w moim odczuciu zdradzają szczególne nastawienie do pisania pamiętnika. Poczucie, że notowanie jest ważne, jeśli się je zaniedba należy się z tego wytłumaczyć. Kto zdaniem autora może być odbiorcą tych treści i przed kim w takim razie należy się usprawiedliwić z zaniedbań? „Podobno przelewanie swych myśli i uczuć na papier to dobra metoda, aby dać ujście swoim emocjom. Wiele poufnych myśli, którymi ludzie boją się dzielić z innymi, łatwo zapisuje się w pamiętniku. Zaufanie do pamiętnika to więcej niż zaufanie do rodziny i przyjaciół. Dziennik zawsze dochowa tajemnicy”. (https://parenting.pl/pisanie-pamietnika)

 

Pierwsze zdania pamiętnika Schlagów dotyczą zaręczyn, ślubu i podróży. Wydaje się, że zamiana życia panieńskiego na małżeńskie była pretekstem do prowadzenia pamiętnika. Początki wspólnego życia wiązać się mogą z wyborem miejsca zamieszkania, drogi zawodowej i co się z tym wiąże relacji z rodziną, z rodzicami i później z dziećmi. Każda z takich sytuacji niekiedy pociąga za sobą wiele emocji. Ich zapisywanie może być rodzajem… terapii dla autorki. Słowo terapia kojarzy mi się z problemem do rozwiązania, więc to wszystko brzmi jak zarzut do stanu zdrowia autorki. Na kartach pamiętnika nie znalazłem słów wskazujących na dyskomfort psychiczny. Opisywane dolegliwości były natury fizycznej. Emocje związane z rodziną, świadomość spraw biznesowych, a do tego wojna (1914-1918) to w moim odczuciu wystarczający powód, by zwierzać się pamiętnikowi w przypadku mieszkania kilkaset kilometrów od domu rodzinnego. Jedno zdanie z 1912 roku:

 

„Przyjechała moja mama z Danii razem z dziećmi Clarą i jej mężem z Bergen”.

(Meine Mutter aus Dänemark war gleich gekommen ebenfalls seine Kinder Clara u. ihren Mann aus Bergen).

 

zawiera informację o znacznym oddzieleniu autorki od regionu, w którym spędziła swoje dzieciństwo.

Natomiast słowa z podróży poślubnej:

 

1903

„jednak tęskniliśmy za własnym ogniskiem domowym”

 

utwierdzają mnie w przekonaniu, że Świdnica była domem, miejscem dającym poczucie rodzinnego oparcia. Czy pamiętnik był pisany w tajemnicy przed wszystkimi, z mężem włącznie? Czy dla standardów ówczesnych relacji międzyludzkich takie sytuacje (cytat poniżej) były zbyt pruderyjne, aby uznać treść pamiętnika za wyłącznie osobistą, niedostępną dla pozostałych członków rodziny?

 

„Za moimi plecami wykonywała jakieś miny, siadałam więc przed lustrem, żeby móc obserwować Elsę. Kiedyś udało jej się dorwać jakieś nożyce, z którymi szybko ruszyła w miejsce gdzie był Willy [kilkuletni adoptowany chłopiec] tak, że aż poczułam przerażenie. Udało mi się jednak spokojnie powiedzieć: daj mi nożyczki, są mi teraz potrzebne. Ona nagle się uspokoiła i bez wahania oddała mi nożyczki”

 

Co działo się z pamiętnikiem? Kto zrobił w pamiętniku kredką znaki zapytania na całą stronę i skreślenia niekiedy całostronicowych fragmentów? Dlaczego akurat tych fragmentów?

 

Widać m.in. wielki znak zapytania na słowach:

 

„Inż. Dingler, ku naszemu zdziwieniu, nagle zmienił swoją postawę. Okazało się później, iż udawał eleganckiego kawalera, ponieważ liczył na przyzwolenie i podpis Klary by uzyskać 6000 Marek. Ojciec Klary zezłościł się oczywiście i przestrzegał K. by była bardziej ostrożna w takich kwestiach i że [Dingler] sam musi bardziej zapracować na zaufanie do siebie”.

 

„Klara raczej nie chciała słuchać tych porad, nie widziała, że chcieliśmy dla niej dobrze, zaczęła się odsuwać od ojca i reszty rodziny, postępowała według swojego uznania. Było to dla nas wyjątkowo przykre i czuliśmy, że wina spoczywa na niej. Elin natomiast była zepsutym dzieckiem, jej zachowanie także nam się nie podobało, była już na tyle rozwinięta, że interesowali się nią chłopcy, a ona z nimi flirtowała”.

 

Przekreślono kredką także te fragmenty:

 

„Klara uwolniła się od Dinglera jednak w niehonorowy sposób. Dingler chciał zabrać Klarę do swoich rodziców do Krefeld, jednak ojciec był zdecydowanie przeciwny. Najpierw należało uzyskać zgodę z Krefeld. Cała sprawa polegała na tym, że Dingler nie chciał się zgodzić na przekazanie mienia Klary do kasy zakładowej, a mój teść chciał akurat otrzymać pieniądze Klary. Teść otrzymał anonimowy list, w którym ostrzegano go przed Dinglerem. Kolejna scena i burzliwa dyskusja w salonie parterowego mieszkania, kiedy teść wyszedł na chwilę do sąsiedniego pokoju ku naszemu przerażeniu obaj wyskoczyli przez okno i zbiegli przez Berlin do Krefeld 21 grudnia. W Berlinie spotkał się z Else i Gerhardem 22 grudnia. Przybył do domu ze świąteczną wizytą. Te święta nie były zbyt radosne, każdemu brakowało właściwego nastawienia. Gertrud była już zaręczona, jednak nie wydawało się, by ten związek był właściwą decyzją i szybko się rozpadł. 23 grudnia Alice, ja Gertrud i Else udałyśmy się do Królewskiego Sadu Rejonowego by zarejestrować się jako komandytariusze”.

 

Zdaniem Jürgena Schlaga (potomka świdnickich Schlagów, który w 2021 roku użyczył mi pamiętniki i wyraził zgodę na używanie ich treści) była to ingerencja dzieci autorki pamiętnika (czyli pokolenie rodziców J. Schlaga), które najwyraźniej uznały te fragmenty za… no właśnie jakie? Co daje przekreślenie, które nie przysłania treści? Na czytelnika działa to bardziej jak podkreślenie. W pierwszej części pamiętnika skreślenia dotyczą pieniędzy firmowych, które miały zostać zabrane w wątpliwym celu jako posag. Przekreślono także słowa o chorobie i związanych z nią niepokojach, o kradzieży aparatu fotograficznego, przykrej scenie w fabryce, o zyskach, potajemnych zaręczynach, oddaniu tartaku do użytku, losach na loterii, garniturze Reinholda i anonimowych listach. W następnej części pamiętnika (1918-1926) przekreślono opis nieudanej inwestycji (zakup hurtowej ilości sera za 1000 Marek). Nie potrafię dostrzec tu wyraźnej logiki. Wiele podobnych treści pozostało nieprzekreślonych. Ale nie wygląda to na dzieło jakiegoś malucha, który poszukiwał kartek do bazgrania kredkami. Linie są zbyt pewne, zdradzają doświadczoną w pisaniu rękę i wyraźnie zaczynają się od akapitu (jeśli przekreślona jest tylko część strony).

 

A może takich zagadek lepiej nie rozwiązywać?

 

Przypomina mi się treść książki:

Martin Struck „Kronika Helu Ludzie, życie i obyczaje 1874-1890, 1905-1910” wydanej w 2019 roku przez Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie, oddział Hel. We wstępie do polskiego tłumaczenia znajdujemy tam następujące słowa:

 

„Karl Holla pokusił się na podstawie posiadanej wiedzy o uzupełnienie kroniki o dzieje późniejsze, obejmujące okres od wybuchu I wony światowej do końca XX wieku. Zrobił to jednak w sposób bardzo kontrowersyjny. O ile pewne tendencyjne opisy Strucka możemy wytłumaczyć czasem ich powstania, to trudno zrozumieć szowinistyczne sporzenie na najnowsze dzieje Helu Niemca, piszącego pod koniec XX wieku. (…) Pamięć okrucieństwa ostatniej wojny sprawiła, że powojenni mieszkańcy próbowali wymazać z dziedzictwa materialnego tej miejscowości wszystko, co było związane z niemiecka przeszłością”.

 

Dlaczego ten cytat? Bo wskazuje na powtarzające się i łatwe do prześledzenia w ostatnim stuleciu zjawisko manipulowania informacjami, które dodatkowo nasiliło się po 1945 roku i trwa do dzisiaj. Skreślenia w pamiętniku kojarzą mi się z cenzurą, dążeniem do zakrycia części opisanej rzeczywistości. Odbieram je jako przejaw eksponowania pozytywnych wspomnień i zatajania tych wątpliwych, kłopotliwych, które „redaktor” chciał usunąć wybielając swoją przeszłość. Przywołuje mi to wspomnienie m.in. całkiem niedawnej (2015) sprawy zwanej „Abgasskandal” i granicy tolerancji dla szkodliwych środowiskowo urządzeń (montowanie w samochodach produkowanych przez koncern Volkswagen Group oprogramowania, pozwalającego na manipulację wynikami pomiarów emisji z układu wydechowego – zmniejszenie emisji szkodliwych substancji wyłącznie na czas pomiaru).

 

Aby wczuć się w zawiłą mentalność pokoleń pamiętających lub wspominających trudne momenty XX wieku pozostaje mi tylko odesłać czytelnika do kilku książek, których treść była dla mnie najbardziej zaskakująca i odkrywcza:

 

Józef Piłsudski

„Walka rewolucyjna w zaborze rosyjskim” (1903)

 

Jan Stanisław Bystroń

„Megalomania narodowa” (1935)

 

Erich Fromm

„Ucieczka od wolności” (1941)

 

Aleksander Bocheński

„Dzieje głupoty w Polsce. Pamflety dziejopisarskie” (1947)

 

Heinrich Hoffmann

„Mój przyjaciel Hitler” (1955)

 

Kaczyński Teodor

„Manifest. Społeczeństwo przemysłowe i jego przyszłość” (1995)

 

Dirk Brauns

„Cafe Auschwitz” (2013)

 

Yuval Noah Harari

„Od zwierząt do Bogów” (2011)

„Homo Deus” (2015)

 

Udo Pollmer, Monika Niehaus, Andrea Fock, Jutta Muth

„Kto nam podkłada świnie” (2012)

 

Thomas Erikson

„Otoczeni przez idiotów. Jak dogadać się z tymi, których nie możesz zrozumieć” (2014)

„Otoczeni przez psychopatów. Jak rozpracować tych, którzy tobą manipulują” (2017).

 

Kuszyk Karolina

„Poniemieckie” (2019)

 

 

# 11 c[iąg]. d[alszy]. n[nastąpi/ł] ?

Co zanotowano w dalszych częściach pamiętnika? Co się stało z… tym wszystkim? Willa, fabryka, ludzie, organy, pamiętnik? Fabryka… została w Świdnicy, oficjalnie zamknięto ją w 1923 roku. Niektóre budynki stoją jeszcze dzisiaj (2023). Rodzina, której losy spisywano w pamiętniku w latach 1902–1917 przeniosła się do Warnemünde (od XX wieku część Rostocku). Odwiedzający nas regularnie Jürgen Schlag mieszka w Berlinie, tam też znajdują się pamiętniki.

 

W trzecią część pamiętnika (1927–1958) włożone jest zdjęcie willi „Czerwony Kapturek” w Warnemünde. Ale jak to dokładnie było i kiedy? Nazwa tej nadmorskiej miejscowości pojawia się w 1921 przy porównaniu kosztów podróży pociągiem ze Świdnicy nad morze oraz zestawieniu słabej lokalnej waluty z duńską koroną (DKK). Kiedy dokładnie Schlagowie opuścili Świdnicę doczytamy najprawdopodobniej dopiero w kolejnej części pamiętnika.

Willa, czyli prywatny adres Schlagów wciąż jest dla mnie zagadką. Jeśli z kolejnej części pamiętnika nie wyniknie coś konkretnego pozostanie to w sferze domysłów. Wiem tylko, że było to blisko fabryki (lokalizacja wytwórni jest ustalona). Wnuk świdnickich Schlagów także nie ma tu pewności. Pozostają jak na razie tylko domysły.

A resztę szczegółów z pamiętnika poznamy następnym razem.

Mam zeskanowane w sumie cztery pamiętniki: aktualnie tłumaczony (1902–1917), część 2 (1918-1926), część 3 (1927–1958) oraz ostatni (z datą 1956), podpisany przez Reinholda Schlaga. Chronologicznie najbliższa nam część wspomnień Schlagów to nie tylko inna ręka, to także bardziej nam współczesne podejście do gromadzenia rodzinnych historii. Na końca tego ostatniego pamiętnika znajduje się spis członków rodziny z datami ich urodzin (dzień, miesiąc). To najprawdopodobniej skorowidz, z którym łatwiej pamiętać o rodzinnych rocznicach. Są też adresy: Wolfsburg, Odense, Monachium, Osterhofen, Berlin, USA, Lima (Peru), Schnererdingen, Rostock.

W pamiętnik też są włożone listy, w tym jedna koperta z adresem Zapkendorf (44 km od Rostocku, część wsi Plaaz, 18276). W tej miejscowości znajduje się dom opieki. Możliwe, że to współczesny „Pflegeheim Haus Abendsonne”. List pod ten adres został przesłany z USA.

To będzie na tyle. Już niebawem udostępnię tekst pamiętnika i jego tłumaczenie. Mam nadzieję, że coś się przy tej okazji jeszcze uda odkryć. Może ktoś posiada coś jeszcze na ten temat? Nie ma nowych zdjęć, nie dotarłem do albumu rodzinnego. Pamiętniki dostarczyły jedynie zdjęcia domu w Warnemünde, chociaż podejrzewam, że to bardziej pensjonat niż nowy adres zamieszkania (kartka wygląda jak dawna hotelowa pocztówka). Jest na niej adres przy Friedrich-Franz-Straße bez numeru domu. To ulica odchodząca od dużego placu z kościołem ewangelickim. Współczesne budynki nie przypominają tego ze zdjęcia/pocztówki. Dość charakterystyczny jest dookólny dach mansardowy, który powtarza się w niektórych budynkach zachowanych obecnie. Jednak na ten rok kończę już poszukiwania takich detali, do sprawy mam nadzieję wrócić.

 

  1. W miejscowości Ratajno na piszczałce głosu Posaune 16 napisane jest ołówkiem: „Bruno Schlag Schweidnitz”, do tego daty: 1937/38/39/40/41/43. Czyli… jeszcze tu byli w czasie II wojny światowej. Ale kto dokładnie… wyjaśnię kiedy indziej.

 

 

# 12. Co to właściwie się stało?

Jest taka książka o organach z 1880 roku wydana w Krakowie. Jej tytuł brzmi „Przewodnik dla organistów”. Autor, Antoni Sapalski, we wstępie napisał: „wiele mi krytyka jako po­czynającemu wybaczyć raczy”. To moje pierwsze tłumaczenie, więc po kilkunastu latach od moich pierwszych naukowych tekstów ośmielam się użyć raz jeszcze tego cytatu. Niemieckiego uczyłem się w podstawówce, studiowałem dwa lata w Niemczech. Teoretycznie wiem o co tym chodzi. Dopiero jak coś trzeba przetłumaczyć okazuje się, że to język ojczysty jest większy problemem. Przy tłumaczeniu zwykle trzeba coś dodać lub pominąć, bo dosłowne tłumaczenie brzmi po Polsku nieznośnie. Do tego często są potrzebne osoby trzecie, czyli żona Zuzanna. Samemu mimowolnie wracałem w to samo miejsce. Wiele spraw nabrało konkretnego kształtu dzięki stronie internetowej http://polska-org.pl. Mogłem tam sprawdzić i zlokalizować większość miejsc wymienionych w pamiętniku. Niektórych nie znalazłem, m.in. Forelle, chyba jakaś gospoda między Walimiem i Sokolcem. Podobnie z nazwą Merkelshöhe. Z opisu wynika, że to gdzieś niedaleko ronda na drodze 379 między Świdnicą a Modliszowem. Podobnie określenie Gutemblar, czy ściślej: „członek Gutemblara”.

 

Bardzo dziękuję Stephanowi Aderholdowi (dr hab.) z Berlina, archiwiście, muzykologowi, który rozszyfrował dla mnie jak dotąd każdego niemieckiego zawijasa i jeszcze wytłumaczył mi takie rzeczy, o których wielu współczesnych nie wie, nawet jeśli od urodzenia mówią po niemiecku. To człowiek, który przewertował, spisał i opisał wszystkie dokumenty na Placu Pokoju od chyba 1654 roku po czasy współczesne. Dzięki niemu wiem, którym w kolejności kantorem Kościoła Pokoju jestem, kto, gdzie kiedy co napisał i zagrał. Dla niego ten tekst był zbyt mało naukowy, zbyt osobisty. Ale i tak zeskanował dla mnie pamiętniki w archiwum przy Kościele Pokoju. Dla niego archaiczne zwroty, przestarzałe formy wyrazów są jasne na pierwszy rzut oka. Dla przykładu: nie wpadłem na to, że słówko „reut” (którego nie znałem), to dawna forma słówka „bereut” (które znam). Do tego jeszcze translator wyprowadził mnie na manowce. Było jeszcze kilkanaście innych takich właśnie spraw. Bardzo dziękuję!

 

Dziękuję także gospodarzom świdnickiego Kościoła Pokoju, Pani Bożenie Pytel i Waldemarowi Pytlowi. To dzięki ich szeroko zakrojonej działalności Świdnicę odwiedza m.in. Jürgen Schlag, liczni goście z całego świata. To dzięki ich staraniom instrument Schlag&Synowie w Kościele Pokoju został wyremontowany, a to ściąga do naszego miasta wiele osób związanych z tym tematem. Organy grają, pamiętniki są profesjonalnie skanowane, odbywają się festiwale, spotkania, lekcje, konkursy, koncerty i nabożeństwa niedzielne (od 1657 roku, z przerwą na dżumę i covid). Bardzo dziękuję!

 

W ostatnich dniach Tomasz Grudziński (autor „Między twierdzą a miastem wolnym. Miasto i mieszkańcy Świdnicy w latach 1815-1870”) zwrócił moją uwagę na świdnickie książki adresowe. Do tego otrzymałem zdjęcia stron dotyczących mojego tematu. Pozwoliło mi to usystematyzować i potwierdzić dodatkowym źródłem lokalizacje budynków, wspominanych w pamiętniku. Bardzo dziękuję!

 

Wspomniałem w #10, że miło było mi czytać opisy scen przy domowym stole i wspomnienia z górskich wycieczek. Zaś pamiętnik i historia rodziny Schlagów prowadzi także w inne miejsce, do którego mam wielki sentyment i wybieram się tam zawsze z radością: Morze Bałtyckie. Spotykane także pod nazwą „morze wschodnie” (Ostsee). Do tego jeszcze wyspy duńskie. Ile mógłbym napisać własnych wspomnień: wakacje w latach dziewięćdziesiątych, podróż poślubna (2011 m.in. przez Kopenhagę, czyli miejsce ślubu autorki pamiętnika), wyprawy koncertowe regularnie od 2007 roku, od Odense po Gdańsk, wyprawy z uczniami na północ, a od 2013 wyprawy z własnymi dziećmi. Do tego ogromna ilość podróży po nieodległych miejscach, wspomnianych w pamiętniku (Wrocław, Duszniki, Jelenia Góra, Szklarska Poręba, Cieplice, Wałbrzych, Karpacz, Lubań, Międzygórze, Strzelin, Ziębice, Kłodzko, Bystrzyca Kłodzka, Szczawno-Zdrój, Zagórze, Lubachów, Bystrzyca).

 

1914

„(…) wymyślił, że powinniśmy pojechać do Berlina. Alice się przyłączyła, byliśmy w operze, pałacu lodowym, cyrku, restauracjach, kawiarniach, itp. Było po prostu cudownie. Pan Hans Mack i jego kuzyn spędzili z nami kilka wspaniałych godzin, Alice i ja dostałyśmy nowe kurtki, czapki, tkaniny na odzież, buty, pończochy, elegancką bieliznę i nie tylko”.

 

Spontaniczne wyjazdy do Berlina też nam się zdarzyły. Nie powtórzyliśmy wszystkiego dokładnie tak jak w pamiętniku. Nie kupowaliśmy pończoch, raczej czekoladki. Od kilkunastu lat żona zauważa, że ubrania jakie widujemy w niemieckich sklepach są… yyy… zbyt praktyczne.

W Berlinie mieszka także J. Schlag, który zaprasza nas do swojego domku letniskowego. Odwiedziliśmy tam niedawno także S. Aderholda. Kilka lat temu graliśmy tam koncert w KWG (Kaiser-Wilhelm-Gedächtniskirche). Czyli tu bardziej pasowałby cytat:

 

1907

„W sierpniu R. zabrał mnie do Berlina, przy okazji swoich obowiązków”.

 

W Świdnicy nie buduje się obecnie organów. Produkcja w skali porównywalnej z dawną fabryką Schlagów współcześnie nie występuje. Takie mamy czasy, że żadna wiodąca firma organmistrzowska nie ma tylu realizacji ile znaleźć możemy w katalogu Schlaga. W 1908 roku ze świdnickiej fabryki wyjechało 47 instrumentów. Przeglądałem strony internetowe współczesnych producentów organów i znalazłem tam maksymalnie kilkanaście instrumentów na rok. Zazwyczaj jednak dominuje roczna produkcja na poziomie 1-5 sztuk. W świdnickiej fabryce pracowało 115 pracowników. Współczesne nam największe firmy mają maksymalnie 70 zatrudnionych. Ale… dzisiaj mamy organy elektroniczne, które przyczyniają się do mniejszej ilości zamówień organów piszczałkowych. Ile sprzedaje się rocznie organów elektronicznych? Tej informacji nie udało mi się znaleźć na stronach producentów, ale napewno więcej niż piszczałkowych. Podejrzewam także, iż kupuje się ich więcej niż budowano w przeszłości, nawet w tych rocznikach rekordowych dla poszczególnych zakładów organmistrzowskich. Dlatego nie możemy porównywać czasów sprzed około stu lat z współczesnością.

 

  1. W Czechach, w mieście Krnov (Karniów, Jägerndorf) w 1845 roku powstała firma organmistrzowska, produkująca jeszcze więcej niż Schlagowie. Rekordowe roczniki to około 90 instrumentów, liczba pracowników w rekordowym czasie to 150 osób. Instrumenty Riegera również znajdujemy na całym świecie. Na terenie obecnej Polski dominują w Małopolsce, niedaleko Czeskiej/Słowackiej granicy. Firma Rieger Orgelbau istnieje do dziś. Fabryka przeniosła się do miejscowości Schwarzach w Austrii. To jeden z kilku najbardziej cenionych na świecie producentów nowych organów.

 

BERLIN KWG

BEŁTY

 

 

# 13. Bez tytułu, sentymentalnie.

Brzmienie organów produkowanych przez Schlagów słyszałem od urodzenia, a może nawet wcześniej. To zdanie może napisać większość współczesnych mieszkańców Dolnego Śląska. Pierwsze organy piszczałkowe, na których grałem w życiu to dzieło właśnie tej świdnickiej firmy. Moja pierwsza służba jako organisty (1997–2004) to także granie na organach Schlagów. Przyznam, że po około pięciu latach nawet mi się na jakiś czas te instrumenty znudziły. To co wówczas (w przybliżeniu od 17 do 23 roku życia) było moim „ideałem” teraz niekiedy wzbudza moją niechęć. Potrzebowałem poznać kilkadziesiąt osób, które uzmysłowiły mi, że mieszkam w najlepszym organowo i krajobrazowo regionie Polski, może nawet całego świata. Tak sobie napisałem, chociaż wydaje mi się niemożliwe, aby ktokolwiek mógł poznać cały świat, ani organowo, ani krajobrazowo. Nawet jeśli założymy, że organy to tylko jeden taki instrument w całej miejscowości lub jeden na kilkanaście, kilkadziesiąt miejscowości (niedawno wysłano do Paragwaju organy, które mają być drugim lub trzecim instrumentem w całym kraju). Podejrzewam, że jeśli ktoś by sprawnie zaplanował granie na wszystkich organach świata to dla jednego człowieka byłoby to niewykonalne, lub przynajmniej nieznośne. Jak w Ewangelii według św. Łukasza, gdzie mowa o liczeniu włosów na głowie: zanim dotarlibyśmy do końca listy zbudowanych obecnie instrumentów, powstałoby wiele kolejnych niekiedy przy okazji poprzedni instrument znika. Po kilku miesiącach takiego organowego zwiedzania pojawiłaby się najprawdopodobniej obojętność na kolejnie niby inne, ale jednak dość podobne do poprzednich brzmienia organowe. Klawisze, piszczałki, jakieś tam włączniki. Coś nastrojone, albo nie, działa raz lepiej lub gorzej, zależy od pogody.

 

Część 2

#1. Wstęp

„Rok dawno już się zaczął, chociaż nie mam ochoty opisywać w pamiętniku wszystkich trosk, wolę jednak nie zostawiać pustych miejsc”. 

Tak zaczyna się drugi tom pamiętnika rodziny Schlagów. Skreślony ręką żony organmistrza Rainohlda Szlaga w latach tamtych i owatych kiedy cały świat albo nie cały świat tylko część europy pogrążona byłam w wojnie albo nie byłam tutaj jakieś zdania na temat sytuacji światowej że np. biznesu padały ludzie się przeprowadzali był globalny kryzys albo nie

Niewesoło było także w fabryce organów, która w roku X zatrudniała X osób i budowała x instrumentów rocznie: 

„W styczniu nie wypłacono dywidendy” – firma Schlagów działała na zasadzie spółki komandytowej, brak dywidendy oznaczał zatem …. (Napisz co)

Spółkę tworzyli wspólnicy – ile i kto? Firma rodzinna ale udziałowcami były także osoby spoza rodziny, nie znające się na branży. 

Sam prowadzę spółkę razem z żoną (co prawda nie komandytowa, lecz tą z ograniczoną odpowiedzialnością) i trudno jest mi sobie wyobrazić, że w nasze rodzinne/firmowe sprawy miałby się wtrącać ktoś obcy.

Schhlag prowadził dużą fabrykę Ale jednak dość niszowej branży, tutaj każda zmiana personalna odbijała się wyraźnie na działaniu firmy i realizacji zamówień. W czasie wojny zdrowi mężczyźni powoływani byli do Wojska, co jakiś czas dotykało to firmy szlaków:

„Nasz kierownik działu drewna został powołany się, a nie było możliwości zatrudnienia nowego.”

Podczas lektury pamiętnika zwraca moją uwagę zwracała uwagę kontrasty związane z ze stanem majątkowym bohaterów, opisywany jest poważny kryzys i brak dywidendy a jednocześnie sytuacje w których prowadzący firmę w kryzysie kupuje swojemu daje swojemu pracownikowi złoty zegarek w prezencie. Wydaje mi się że był to dość kosztowny prezent. Autorka miała chyba o to do męża pretensje, zaznaczała w swoim pamiętniku że pomimo takiego wyjątkowego prezentu doszło do konfliktów i pan Karp który ten zegarek otrzymał odszedł z firmy :

I to:

„Pan Kalb, który niedawno obchodził 25 rocznicę ślubu (z okazji której podarowaliśmy mu złoty zegarek), niestety poróżnił się z panem H. i ostatecznie tak był wściekły, że opuścił naszą firmę pod pretekstem służby pomocniczej dla naszej ojczyzny. Reinhold musiał teraz zająć miejsce Kalba. Ale i on nie mógł znieść niesprawiedliwych oskarżeń pana H. i pozostawił go samego w zarządzie tartakiem. Reinh. był tak zły, że poważnie rozważał całkowitą separację i postanowił sprzedać nowy budynek fabryki panu H. w celu otrzymania spłaty długu”.

„Pan H.” to taki czarny charakter pamiętnikowej powieści, no ale… któż jest doskonały?!

W następnych wersach pojawia się to – jakże poruszające dla organistów – zdanie:

„Zgłosiła się berlińska firma produkująca precyzyjne urządzenia mechaniczne, która wydzierżawiła nowy budynek, a ostatecznie przejęła całą fabrykę”.

Koniec z organami? Chociaż cytat brzmi bardzo oznajmująco, ostatecznie do niczego nie doszło ze względu na „sytuację polityczną”. 

Oooo! Coś konstruktywnego:

„Na Wielkanoc Siegfried poszedł do gimnazjum, a Sylva-Regina rozpoczęła pierwszy rok nauki”.

Ale w następnej linijce zanotowano:

„ (…) pan Oblat dał nam nakaz opuszczenia mieszkania do 1 października, ponieważ korzystnie sprzedał swoją willę.

W sierpniu padł nam cenny młody koń; R. musiał pełnić wartę w stajni przez całą noc (kura z przydziału była przyczyną zaburzeń jelitowych). We wrześniu otrzymaliśmy kilka smutnych wiadomości o stanie zdrowia Augusta Hartmanna i w końcu musieliśmy pojechać do Strzelina na jego pogrzeb.”

Aby nie wklejać zbyt wiele podobnych informacji odsyłam po prostu do całego tekstu, który każdy sam osobiście odczuje we właściwy swojej wrażliwości sposób. Niech „wisienką na torcie” wspomnień świdniczan z czasów końca pierwszej wojny światowej będzie to zdanie:

„Głodujemy, lecz z pogardą dla śmierci”.

[Wir hungern mit Todesveracht.] 

Ale zaraz, zaaaraz…

„Pomimo poważnego niedoboru mieszkań, udało nam się znaleźć bardzo przestronne, wspaniałe mieszkanie przy Placu Grunwaldzkim numer 2 z balkonem z widokiem na tereny zielone. Zakupiliśmy meble wiklinowe i papierowy dywan”.

Czyli nie jest aż tak źle. Biorę poprawkę na to, iż tekst powstawał przez cały rok, teraz widzimy go patrząc przez pryzmat czytelników powieści fabularnych, gdzie wydarzenia mają konkretny przebieg w czasie kreowanym przez autora na potrzebę budowania napięcia dla czytelnika. To przecież tylko luźne notatki, akcja w rzeczywistości może układać się zupełnie inaczej względem tego co odczuwa czytelnik podczas lektury.

Dalej natomiast zanotowano:

„Przy budowie organów pracuje obecnie 15 osób. Trzech byłych pracowników zostało zwolnionych z wojska i wraca do pracy. Może od teraz będzie lepiej!”

Czyli organy w Świdnicy powstają. Mała dygresja jeszcze z poprzedniego tomu pamiętnika (1902-1917), z roku 1917:

„W fabryce w ogóle nie można już budować nowych organów, ale udało nam się otrzymać kilka zamówień na skrzynki do detonatorów i wojskowe drewniane podeszwy”.

Dla mnie zabrzmiało to ekstremalnie: detonator zamiast piszczałek organowych. Ale właściwie detonacja to też może być efekt organowy, więc parafrazując mówców motywacyjnych: „nie ma porażek, są tylko lekcje”. Można to zgłosić do urzędu patentowego i czekać na pierwszego dumnego inwestora, który w zamówionych organach, obok popularnych brzmień piszczałkowych, będzie mógł użyć także TNTön, Sturmbass, Kanonenschlag, Feuerwerk, Wunderwaffe, coś pewnie by wymyślili. Przecież w organach od stuleci były bębny, słowiki, dzwonki, gwizdki. Wybuchy i wystrzały też się w muzyce pojawiają.

Wracając do Świdnicy, i organów, i Schlagów, i tego, czy można budować organy czy nie…? A więc do sytuacji firmy:

“Niedługo potem otrzymaliśmy zamówienie na 3 małe organy do Norwegii i 1 organy do Neumarkt. Blacha cynkowa kosztuje około 1380 marek za 100 kilogramów. Wysłaliśmy wiele ofert na produkcję piszczałek prospektowych, ale otrzymaliśmy niewiele zamówień. Tak więc dni mijały, choć nieco monotonnie, lecz wkrótce wszystko miało się zmienić”.

 

#2. Ciąg dalszy

W poprzednim odcinku:

[1920]

“Niedługo potem otrzymaliśmy zamówienie na 3 małe organy do Norwegii i 1 organy do Neumarkt. Blacha cynkowa kosztuje około 1380 marek za 100 kilogramów. Wysłaliśmy wiele ofert na produkcję piszczałek prospektowych, ale otrzymaliśmy niewiele zamówień. Tak więc dni mijały, choć nieco monotonnie, lecz wkrótce wszystko miało się zmienić”.

Cóż za narracja, napięcie i storytelling! To się nazywa Cliffhanger, albo Efekt Zeigarnik czy nested loop. Ta zmiana to… to, co się zmieniło to… największy dramat następnych stron pamiętnika to… 

…zdrowie autorki. Najpierw iście eufemistycznie wyrażone podejrzenie ciąży: 

„lekarz, do którego i tak chciałam się udać, powiedział, że prawdopodobnie mogę się spodziewać radosnego wydarzenia”.

[der Arzt den ich so wie so einmal konsultieren wollte sagte ich werde wohl einem freudigen Ereigniss entgegensehen]

Jednak później konieczny był zastrzyk, pojawiła się opuchlizna, duży wrzód, potrzebne były bandaże i kilkutygodniowa rekonwalescencja. 

Tu słowo o autorce. W następnym zeszycie pamiętnika, pod datą 1952 widnieje zdanie: 

„Dzisiaj mam 78 lat”

[Ich bin heute 78 Jahre alt]

Czyli mamy tak:

1952 — 78 = 1874.

W 1918 roku autorka miała 44 lata. Była wieloródką, do tego:

(z poprzedniego zeszytu pamiętnika)

1907 (wiek 33)

„Po tym wszystkim pogorszyło się moje zdrowie. Podejrzewałam nieżyt żołądka” 

„doskwierała mi moja rwa kulszowa”

1910 (wiek 36)

„Irmelin, Rose i ja samodzielnie walczyłyśmy o nasze zdrowie. Dzięki Bogu wszystko dobrze się skończyło i czujemy się teraz dobrze. 6 dni później jestem już na nogach i czuję się lepiej”. 

1912 (wiek 38)

„Ja sama zaś liczę na poprawę zdrowia, bo źle się czuję”. 

„Szybko wyzdrowiałam, a dziecko rosło ku naszej radości”. 

„W marcu czułam się chora. We wrześniu spodziewam się kolejnego dzidziusia, powoli się szykuję”. 

1914 (wiek 40, zanotowane po wybuchu wojny)

„Przez kilka dni byłam chora ze zdenerwowania i chciałam uciec do Danii z trójką moich dzieci”.

Czyli trochę się wydarzyło w temacie zdrowia. Ale… wracając do miejsca, w którym pojawiła się moja dygresja:

26 kwietnia [1918] wreszcie wstałam; ale przez długi czas musiałam nosić bandaż.

Po słowie „bandaż” czytamy:

„W fabryce musimy dokonać istotnych zmian”.

Dalej:

„robotnicy ponownie wysunęli żądanie podwyżki płac o 30%”

Tak przeskakuje autorka między zdrowiem, fabryką, sprawami mieszkaniowymi i… podróżami. Kilka linijek niżej czytamy, że rodzina wyruszyła do Danii. To zasługuje na osobny wątek, wszak autorka była z pochodzenia Dunką. Cała zaś historia prowadzi także w stronę północy Europy nad morze Bałtyckie

„Teraz przygotowywaliśmy się do wyjazdu do Kopenhagi. Eggert zaprosił R. dawno temu, ale chciał, żebym ja przyjechała razem z nim. Edda wkrótce otrzymała pozwolenie na wjazd i 29 maja wyruszyliśmy w drogę. W Berlinie odwiedziliśmy Hansa Macka, który ma własną drogerię przy Kurfürstendam 128, a także swoje mieszkanie tuż obok. Jest to elegancka część miasta z cudownymi willami. Niedaleko znajduje się również nowy Luna Park, który wieczorami robił na nas ogromne wrażenie. Iluminacja i przede wszystkim pokazy fajerwerków nie były mniej imponujące niż te w Tivoli (Kopenhaga). Po kilku dniach pojechaliśmy do Warnemünde i spędziliśmy tydzień u Alice. Chociaż życie na plaży jeszcze się nie zaczęło, każdego dnia mogliśmy cieszyć się wspaniałym widokiem morza z willi Alice. Nasz trzeci przystanek był w Vaalse u Johanny. Tam zgotowano nam wspaniałe powitanie, każdy dzień był niczym święto. Martin podarował nam mnóstwo wina i domowej roboty likieru owocowego. Przez kolejny tydzień wycieczki i wyprawy wioślarskie przeplataliśmy spacerami. W Kopenhadze spędziliśmy kolejne cudowne dni, które u nas wszystkich przywołały stare wspomnienia; Tam również bawiliśmy się znakomicie, a wycieczki po pięknej okolicy pozostawiły na nas niezapomniane wrażenia! Spacer po miasteczku również był interesujący, mogliśmy podziwiać wspaniałe wystawy sklepów odzieżowych, sprzedawców dzieł sztuki, złotników, porcelany, a na koniec ryb, rzeźników i piekarni. My, biedni Niemcy [wir armen Deutsche], nie jesteśmy już przyzwyczajeni do takiego dobrobytu i obfitości; czujemy się jak w krainie mlekiem i miodem płynącej i nie możemy się oprzeć, by od czasu do czasu nie zajrzeć do cukierni, gdzie możemy kupić niebiańskie ciasta z bitą śmietaną”. 

Czyli zachodnie monosacharydy także sto lat temu były synonimem szczęścia, zwłaszcza, że:

[1917, Świdnica]

„nasz gospodarz był na tyle miły, że dał mi trochę cukru, czyli towaru, którego bardzo nam brakuje. Ponczu ananasowego w tym roku nie było”.

[1918, Świdnica]

„Cukru na miesiąc przysługuje 1 ½ kilograma”.

[1919, Świdnica]

Mimo że brakowało jedzenia, udało nam się trochę zaoszczędzić i sami upiekliśmy różne ciasta, które zachwyciły obecne u nas panie. W cukierniach ciastka są kiepskie, a kosztują 15-20 marek”.

Oto dalsze słowa opisujące podróż:

„W Kopenhadze spotkaliśmy kupca pana Andersena, który już w pierwszą niedzielę zaprosił nas na długą wycieczkę na wieś i do lasu, a na koniec podarował nam wielki kosz pełen zakupów spożywczych. Niestety, widzieliśmy Eggerta tylko przez ostatnie 3 dni, ponieważ był w trakcie dużej podróży organowej; wybraliśmy się z nim i jego żoną na wyprawę do Dragør. Wakacje R. dobiegły końca, ale wyjazd ten był dla niego nowym doświadczeniem po tak długim okresie izolacji, przypominał mu się miesiąc miodowy. W drodze powrotnej odwiedziliśmy ponownie Johannę i Alice, spędziliśmy u nich jeden dzień. W Warnemünde było tak pięknie, że postanowiłem spędzić tam całe wakacje z dziećmi. Udało się nam także uczestniczyć w powitaniu Edith i jej dwójki dzieci, którzy przyjechali do nas z Ameryki, po raz pierwszy przybyli na niemiecką ziemię. Mieszkali u nas przez 2 tygodnie w W.[arnemünde], gdzie pojawiła się także Edda z Kopenhagi, która także ich odebrała. Zostałam z trójką moich dzieci jeszcze 2 tygodnie i świetnie się bawiliśmy na plaży i w morzu; było po prostu cudownie i pokrzepiająco, dzieci wyraźnie wypoczęły; opalili się na brązowo, jak mulaci, były wesołe i rozbrykane jak małe źrebięta, ale ten piękny czas dobiegł końca, a my, ledwo wróciliśmy do domu od razu wyprawiliśmy dzieci do szkoły, która właśnie się zaczynała. Niestety, Siegfried miał trudności z nauką łaciny, więc musiałem zatrudnić kobietę, która przychodziła codziennie na godzinę i ćwiczyła z nim łacinę.”

Kilka wersów niżej:

„Jest jesień, drzewa zmieniają kolory, a szkoły nie organizują już wycieczek. Edith jest nadal w Kopenhadze. Będzie teraz zapewne podróżować po Niemczech. Przygotowałam więc pokój gościnny”. 

A w fabryce: (1920)

„…robotnicy ponownie wysunęli żądanie podwyżki płac o 30% i wyższych stawek montażowych. Zatwierdziliśmy 20%, ale w sobotę 24 kwietnia pracownicy rozpoczęli strajk. Trwał 4 tygodnie i ostatecznie, po decyzji Rady Nadzorczej, zatwierdziliśmy 30% i 16 Marek za dzień montażowy. Nie zapłaciliśmy dniówek za czas strajku. Biznes funkcjonował dalej, a pracy było zaledwie dla 25 robotników”. 

„Tak, dni szybko mijają i chciałbym móc dalej żyć tak jak żyjemy obecnie”.

[Ja, so fliegen die Tage und ich wünschte, es wäre möglich so weiter zu leben, wie wir es z. Zt. haben.]

[1947]

„Ho, ho, tak, tak!”

[ho, ho, ja, ja!]

Astrid Lindgren

 

#3. Podróże do Danii na północ

Autorka pamiętnika pochodziła z Danii. Wątek tego kraju pojawia się co kilka stron. Dania, a ściślej Kopenhaga, jest także miejscem ślubu, za sprawą którego autorka weszła do rodziny Schlagów (10. 06. 1903) i związała się ze Świdnicą. Podobnie inna bohaterka pamiętnika, Edith (ślub w Kopenhadze, 1912). Ten rodzinny adres jest także miejscem, gdzie posyłane były dzieci na wypoczynek. 

Tak przedstawiają się chronologicznie wzmianki o Danii w dwóch zeszytach pamiętnika:

1907

„od 8 maja do 21 czerwca 1907 podróż do Danii”

1908

„Pani Theresia poczuła się urażona, ja wycofałam się zwłaszcza, że Else była szczęśliwa na myśl o ponownych podróżach. No i pojechały razem do Danii”.

1909

„Już 11 września wyjechał, przez Szprotawę do Kopenhagi by stamtąd wyruszyć we właściwą podróż już do Ameryki. Wszyscy życzymy mu powodzenia w jego nowej pracy zarządzaniu gruntami w Hartfort”.

[1912]

„Z Kopenhagi docierają do nas same pochwały Siegfrieda: dobrze wychowany, grzeczny, <wspaniały młodzieniec> mówi mój zwykle surowy Tato”.

[1913]

„7 czerwca pojechaliśmy do Danii, pozostała nam tylko niedziela żeby zająć się gośćmi i posprzątać wszystko z wesela, spakować walizki itp. To była ciężka praca Panna Gude pojechała z innymi do Wrocławia, Anna potem ruszyła do Nysy. Lenchen jechała z nami wszystkimi do Kopenhagi. Wycieczka przebiegała pomyślnie i zostaliśmy bardzo ciepło ugoszczeni, byliśmy tam około 3 tygodni przy wspaniałej pogodzie i w radosnym nastroju. Dzieci uszczęśliwiały dziadków, a wujków zabawiały; Ciocia Edda była pochłonięta małą Eddą i doglądała jej później także w nocy. Edda zatrzymała Sylvę-Reginę w Kopenhadze, my w tym czasie jedziemy do Falster, gdzie też było cudownie; Pogoda piękna jak na pocztówkach. „Codziennie jeździliśmy nad morze, konno i wozem, gdzie kąpaliśmy się, a potem jedliśmy wspaniałe wieczorne posiłki w lesie. Nie może być piękniej. Reinh[old] musiał niestety w dniu swoich urodzin już wracać, zostaliśmy więc w Kopenhadze jeszcze 10 dni. Bardzo zadowoleni wróciliśmy do Świdnicy”.

[1914]

„Przez kilka dni byłam chora ze zdenerwowania i chciałam uciec do Danii z trójką moich dzieci. Jednak mój drogi mąż na razie musiałby tu zostać. To mnie otrzeźwiło”.

[1916]

„Alice świętowała z nami swoje urodziny, postanowiła teraz pojechać do Danii i zostać tam przez całą zimę. Edda i Sylva chciałaby spędzić razem trochę czasu, więc pojechała [razem z Alice]. Wyruszają w połowie grudnia by zdążyć na urodziny mamy. Mam więc sporo pracy, bo chcę odświeżyć jej garderobę. Mała Sylva nie może się już doczekać tej zagranicznej podróży, a pozostali są niemal zazdrośni o jej wyprawę”.

[1916]

„Alice i Sylva świętowały sylwestra na Falster, gdzie też jest Edda. Johanna w Vålse z Hansem na Storeholm zabiegają o komfort swoich gości. Żona Hansa jest obecnie 

w Kopenhadze u matki, która się nią opiekuje; urodziła wspaniałą córkę i obie mają się dobrze. Edda prowadzi chwilowo dom Hansa”.

[1917]

„W Kopenhadze pojawiły się obawy związane z ojcem, ujawniły się poważne słabości związane z jego wiekiem. Wiadomość o jego śmierci nadeszła szybciej, niż się spodziewałem. Nie mogłam jednak zostawić domu bez opieki. Alice jest już niezależna, wyjechała jak tylko miała już własny paszport, a także zdążyła dotrzeć na pogrzeb. Irmelin zawsze bardzo tęskniła za mieszkańcami „Willi z wieżą” w Kopenhadze, dlatego poprosiliśmy Alice by zabrała Irmelin ze sobą. Powróciła zachwycona i ciągle opowiadała nam o swojej podróży, o Herluf, o Tivoli, o ciocia Eddzie i wiele więcej”.

Jak widać sporo tego. Wątek okolic morza Bałtyckiego i Północnego pojawia się często i okaże się kolejnym krokiem w stronę historii rodziny Schlagów w latach 20’ i 30’. Niebawem bowiem…

[1919]

„(…) wpadliśmy na nowy plan. Skoro rozstanie z Hammerem i z Br. wydawało się odległą perspektywą, a nasz standard życia stawał się coraz gorszy, chcieliśmy kupić kawałek ziemi lub dom w Szlezwiku, który najprawdopodobniej stanie się ponownie częścią Danii, a to wszystko za pieniądze mamy i w jej imieniu. Wszyscy chcieliśmy się tam przeprowadzić, sprzedać naszą część fabryki i uzyskane pieniądze przeznaczyć na ten właśnie zakup, bo wtedy przynajmniej moglibyśmy produkować własne jedzenie. W ten sposób nawet pieniądze mamy trafiałyby do Danii bez straty, gdyż przy bezpośredniej wymianie przepadłoby około 6/8, tak niski jest obecnie kurs marki niemieckiej za granicą”.

Tu mamy już zapowiedź opuszczenia Świdnicy. Do tego wyjazdu minie jeszcze parę lat. Tymczasem: 

[1919]

„Nadszedł czas, kiedy Alicja musiała pomyśleć o przeprowadzce, a jednocześnie nadarzyła się okazja, abyśmy wybrali się na letnią wycieczkę do naszej ojczystej Danii. Edda uzyskała zgodę Ministra Sprawiedliwości, co bardzo nas ucieszyło, mimo że drogi Ojczulek nie otrzymał specjalnego pozwolenia. Każdemu z nich zrobiono zdjęcia paszportowe, które musiały zostać ostemplowane przez policję i ponownie uwierzytelnione przez konsulat w Berlinie. Mimo niewielkich opóźnień, udało nam się wszystko sprawnie zrealizować, a sama podróż była cudowna. Przyjęcie w starym domu było niczym owacja na stojąco, poświęcono nam całą możliwą uwagę. Spędziliśmy 4 tygodnie w Kopenhadze, a 1 tydzień w Waalse u siostry Johanny, a na koniec kilka dni w Warnemünde w nowym domu Alice na plaży; wszędzie było cudownie. 

W drodze powrotnej nasi krewni podarowali nam wiele pięknych i praktycznych prezentów, a także jedzenie, które mogliśmy zabrać do domu i które mogliśmy przewieźć przez granicę bez cła. Nasz ojczulek tęsknił za nami przez długi czas i był niezmiernie szczęśliwy z naszego powrotu do domu”.

[1920]

„Teraz przygotowywaliśmy się do wyjazdu do Kopenhagi. Eggert zaprosił R. dawno temu, ale chciał, żebym ja przyjechała razem z nim. Edda wkrótce otrzymała pozwolenie na wjazd i 29 maja wyruszyliśmy w drogę. W Berlinie odwiedziliśmy Hansa Macka, który ma własną drogerię przy Kurfürstendam 128, a także swoje mieszkanie tuż obok. Jest to elegancka część miasta z cudownymi willami. Niedaleko znajduje się również nowy Luna Park, który wieczorami robił na nas ogromne wrażenie. Iluminacja i przede wszystkim pokazy fajerwerków nie były mniej imponujące niż te w Tivoli (Kopenhaga). Po kilku dniach pojechaliśmy do Warnemünde i spędziliśmy tydzień u Alice. Chociaż życie na plaży jeszcze się nie zaczęło, każdego dnia mogliśmy cieszyć się wspaniałym widokiem morza z willi Alice. Nasz trzeci przystanek był w Vaalse u Johanny. Tam zgotowano nam wspaniałe powitanie, każdy dzień był niczym święto. Martin podarował nam mnóstwo wina i domowej roboty likieru owocowego. Przez kolejny tydzień wycieczki i wyprawy wioślarskie przeplataliśmy spacerami. W Kopenhadze spędziliśmy kolejne cudowne dni, które u nas wszystkich przywołały stare wspomnienia; Tam również bawiliśmy się znakomicie, a wycieczki po pięknej okolicy pozostawiły na nas niezapomniane wrażenia! Spacer po miasteczku również był interesujący, mogliśmy podziwiać wspaniałe wystawy sklepów odzieżowych, sprzedawców dzieł sztuki, złotników, porcelany, a na koniec ryb, rzeźników i piekarni. My, biedni Niemcy, nie jesteśmy już przyzwyczajeni do takiego dobrobytu i obfitości; czujemy się jak w krainie mlekiem i miodem płynącej i nie możemy się oprzeć, by od czasu do czasu nie zajrzeć do cukierni, gdzie możemy kupić niebiańskie ciasta z bitą śmietaną. W Kopenhadze spotkaliśmy kupca pana Andersena, który już w pierwszą niedzielę zaprosił nas na długą wycieczkę na wieś i do lasu, a na koniec podarował nam wielki kosz pełen zakupów spożywczych. Niestety, widzieliśmy Eggerta tylko przez ostatnie 3 dni, ponieważ był w trakcie dużej podróży organowej; wybraliśmy się z nim i jego żoną na wyprawę do Dragør. Wakacje R. dobiegły końca, ale wyjazd ten był dla niego nowym doświadczeniem po tak długim okresie izolacji, przypominał mu się miesiąc miodowy. W drodze powrotnej odwiedziliśmy ponownie Johannę i Alice, spędziliśmy u nich jeden dzień. W Warnemünde było tak pięknie, że postanowiłem spędzić tam całe wakacje z dziećmi”.

W powyższym fragmencie pojawia się zwrot „My, biedni Niemcy” [wir armen Deutsche]. Dla współczesnego Polaka w szerszym kontekście historii XX wieku brzmi to… przekornie? Dodajmy do tego pojawiający się wątek duński: pochodzenie i korzenie autorki. Pisze ona o sobie jako o Niemce i utożsamia się z sytuacją swojego regionu/kraju. Spisanie pamiętnika po niemiecku świadczy w moim odczuciu o pełnej aklimatyzacji językowej, mimo pewnych błędów językowych. Kontakt z rodziną w Danii był okazją do praktykowania języka ojczystego. Dla potomstwa była to okazja do odkrywania języka rodziców:

[1921]

„Kiedy wakacje dobiegły końca, Sylva wróciła z Danii; potrafiła sporo zrozumieć po duńsku i trochę porozmawiać, co sprawiło nam wiele radości”.

c.d.n.

 

#4. Jeszcze dalej niż północ.

Tłumaczony pamiętnik pochodzi spod ręki członka rodziny organmistrzów. Motyw budowania organów pośród członków rodziny wydaje mi się czymś naturalnym. Łatwiej bowiem można skorzystać z doświadczenia dziadka, ojca, wuja, brata niż w przypadku kogoś, kto nie ma takich krewnych. Lektura pamiętnika nie dostarcza jednak wielu motywów rodzinnych poza-świdnickich. Z jednym wyjątkiem: Eggert, brat autorki:

[1921]

„Około 6 tygodni później mieliśmy kolejną wizytę: pan Andersen i mój brat Eggert, który to osiedlił się w Odense na duńskiej wyspie Fionia i został samodzielnym budowniczym organów. Ponieważ nie miał jeszcze zbyt wielu zajęć, mógł do nas przyjechać.”

Czyli nie tylko zajmował się rodzinną branżą, ale nawet:

[1924]

„Reinhold został poproszony przez Eggerta, aby przyjechał do niego do Danii i pomógł mu przez sześć tygodni przed Bożym Narodzeniem w warsztacie. Eggert miał dużo pracy, którą należało ukończyć. Za tę podróż Eggert zapewnił Reinhardowi bezpłatne zakwaterowanie oraz 50 koron tygodniowo. Ucieszyłam się, że Reinhold miał okazję zająć się czymś innym, niż tylko nieustannie pomagać mi w gospodarstwie domowym; poza tym pomogło nam to nieco w naszej trudnej sytuacji finansowej”.

Czyli zarabianie w duńskiej walucie miało znamiona intratnego zlecenia. By doprecyzować kontekst finansowy wystarczy zerknąć kilka lat wcześniej:

[1921]

„Duńska waluta osiągnęła wówczas najwyższą cenę. 5200 Marek za 100 Koron. Tych dwoje podróżnych [pan Andersen i Eggert], kupili wszystko po śmiesznie niskich cenach; np. bilet na pociąg w dwie strony II klasy między Warnemünde a Świdnicą kosztował 8 koron. Pan A. i Eg. przesłali różne przedmioty. 1 lalka do herbaty, 1 nożyczki do koronek – bardzo przydatne w gospodarstwie domowym itp. Kupowali lornetki operowe z masy perłowej, aparaty fotograficzne, futra i ubrania damskie dla swoich żon i rękawiczki, walizki i elegancką drogą biżuterię”.

No takie tam podarki, ale temat organowy jest ciągle w tle:

[1921]

„Eggert poprosił o części z organów, niestety pojawiły się trudności transportowe”.

Więcej szczegółów nie ma, można jedynie wnioskować, że świdnickie organowe sprzęty były „do wzięcia”. Skoro bardziej opłacało się pracować za granicą niż w Świdnicy, skoro z zachodu przywoziło się podarki coś mi to przypomina… lata 80/90 na Dolnym Śląsku… po auto na zachód, a przy okazji kilka kartonów słodyczy i innych niezbędnych rzeczy. Pamiętam także paczki z Ameryki z ubraniami, na które widziane na zdjęciach reaguje się teraz lekkim… dystansem. Ale lalka do herbaty, nożyczki do koronek  (bardzo przydatne w gospodarstwie domowym), lornetki operowe z masy perłowej… brzmi jak Must-have. Ale podobnie jak moje wspomnienia z lat 90’ tak w przypadku jeszcze-świdnickich Schlagów wyczuwalne są zwiastuny dużych zmian. Mimo eksponowania wątku duńskiego jest jeszcze jeden: północny, ze świdnickiej perspektywy, czyli Warnemünde (współcześnie nadmorska część miasta Rostock). Pierwszą wzmianka wygląda „na bogato”:

[1918]

„Podczas wakacji jesiennych Alicja i Willy wybrali się do północnych Niemiec i kupili dwa domy, w Warnemünde i w Güstrow. Ona sama chce zamieszkać w Warnemünde i wyprowadza się już na Wielkanoc. Podobno latem jest tam cudownie; Alicja już nas zaprosiła, żebyśmy ją odwiedzili. Od dłuższego czasu nie odwiedzaliśmy nowych miejsc i jeśli wszystko się uda, chciałbym pojechać do niej z dziećmi na letnie wakacje. Być może Edda przyjedzie z Kopenhagi w tym samym czasie. Przydałoby nam się jakaś odmiana. Początkowo pociągi i ogólnie ruch kolejowy przeznaczony był głównie dla powracających żołnierzy”.

Pojechali, kupili… 2 (słownie: dwa) domy! Domy? Domy! Jak na promocji w supermarkecie. Mogę jeszcze raz, w oryginalnej pisowni:

„und hat in Warnemünde und Güstrow 2 Häuser gekauft”.

Później czytamy: 

[1920]

„My, biedni Niemcy, nie jesteśmy już przyzwyczajeni do takiego dobrobytu i obfitości”.

Aaa, może się czepiam. W końcu to fabrykanci, i do tego już nieco na wyjeździe. Mieli fabryki, wille, coś wynajmowali. Kiedyś to było… taniej na rynku nieruchomości. Ale, ja też chcę dwa domy nad morzem, chociaż ćwierć domu… Nie ma co mierzyć swoją miarą. 

Wracając do narracji pamiętnika: pojawia się zatem na „mapie miejsc z pamiętnika” adres Warnemünde, czyli ujście Warnawy, Warnawoujście. Mija pięć lat między rokiem 1918 a 1923. W tym ostatnim zanotowano:

[1923]

„Wiejski dom – Warnemünde [Wiesenhaus – Warnemünde, „dosłownie dom na łące”]

Na Nowy Rok napisałam do Alice z pytaniem, czy mieszkanie na Anastasiastraße mogłoby być dostępne dla nas, jeśli zdecydujemy się przeprowadzić do Warnemünde. Myśleliśmy o założeniu firmy eksportowej do Danii – wydawało się to dobrym momentem na zmianę. Wkrótce przyszła odpowiedź: Alice byłaby zachwycona prowadzeniem wspólnego życia rodzinnego, miała już dość samotności. Ten wiejski dom miałby wystarczająco dużo miejsca dla nas wszystkich i moglibyśmy pomóc w jego urządzaniu. Odpisałam jednak, że choć wyglądało to dla nas bardzo sympatyczne, to było jednak za wcześnie o rok – Siegfried miał lekcje konfirmacyjne, a rok szkolny powinien najpierw dobiec końca. Alice jednak nie zgodziła się z moimi obiekcjami i przyjechała z Willym do Świdnicy, by osobiście mnie przekonać. Alice miała jeszcze meble w Waliszowie, które zostały jej po letnim pobycie w tamtych okolicach. Miały zostać wysłane do Warnemünde razem z moimi meblami. Obiecałem, że to załatwię. Rinaldo nie zgadzał się ze wszystkim, a ja sama przez jeden dzień czułam się chora z powodu tych wszystkich nowych możliwości. Dzieci były podekscytowane perspektywą zamieszkania w nowej willi i możliwością codziennego wpatrywania się w piękne morze. W końcu zgodziłam się, by dzieci pojechały z Alice, a ja zostałam, by zająć się przeprowadzką. Urzędnicy miejscy pokryli połowę kosztów, jeśli wyprowadzimy się przed 15 lutego. Także pastor i nauczyciel nie robili trudności. Reinhold został i zamieszkał u swojej przyjaciółki z młodości, pani Kunert. Wszystkie te ułatwienia sprawiły, że postępy robiłem szybciej, niż sama bym sobie tego życzyła, R. ubolewał także na samą myśl, że wszystko tutaj musi porzucić”.

Koniec z produkcją organów, po… raz drugi, i ostatni. 

No ale to codzienne wpatrywanie się w morze… góry też ładne, ale po tylu zmaganiach może to i logiczne wyjście. Ale czy na pewno…?

  1. d. n.

 

#5. Interesæ!

Może ktoś przypomina sobie z poprzedniej części pamiętnika, że na wojnie organmistrzowie produkowali buty i pudełka do detonatorów (1916-17). Podobnie nie-organowy wątek przedsiębiorczej inicjatywy zanotowano w 1921 roku:

[1921]

„Teraz chciałbym opowiedzieć o prywatnej transakcji, która właśnie się zakończyła i która niestety spowodowała dla nas bardzo bolesną stratę w wysokości 10 000 Marek. W czerwcu ubiegłego roku w Vaalse Martin podarował nam wóz pełen sera, który kupiliśmy i przywieźliśmy do Warnemünde. Tak się złożyło, że import był nadal zakazany, a towary zostały skonfiskowane przez Komisarza Rzeszy, gdyby nie to moglibyśmy sprzedawać towar z dużym zyskiem. Po stanowczym sprzeciwie z naszej strony ser został wydany,  ale na polecenie Urzędu Rzeszy ds. Tłuszczu zdeponowano go w Altonie. Ponownie złożyliśmy sprzeciw i po 4 tygodniach wóz powrócił do Warnemünde. Ponieważ w tym czasie świeciło mocne słońce, ser się zepsuł i trzeba go było sprzedać za 1500 Marek. Ostatecznie, po prawie dziewięciu miesiącach negocjacji, przyznano nam 8000 marek odszkodowania. Trudno było to przełknąć, ale zyskaliśmy cenne doświadczenie”.

Wóz sera, ale wymyślili! Jednak w perspektywie pozostałych zajęć właściwie nic zaskakującego: wynajem willi (1913), handel drewnem (1916-17), przy okazji domowy/przyfabryczny ogród, a później, już nad Bałtykiem zimmerfrei, czyli pokoje nad morzem w Warnemünde. Tu pojawia się pierwsza wzmianka o Polakach:

[1926]

„Nasi mali goście przyjeżdżali z najróżniejszych krajów: ze Szwecji, Norwegii, Danii, Bawarii, Polski, Czechosłowacji i z różnych miast Niemiec. Panował powszechny entuzjazm, a od rodziców słyszeliśmy wiele pochwał i słów zadowolenia. Niektórzy z pewnością przyjadą ponownie w przyszłym roku. Jesienią znów mieliśmy kilku dorosłych pensjonariuszy. Na koniec próbowałam założyć przedszkole, ale zgłosiło się tylko 8 chłopców i stwierdziłam, że dochód z tej bardzo wymagającej pracy był zbyt niski. Dlatego porzuciłam to przedsięwzięcie – ku rozczarowaniu zarówno rodziców, jak i samych dzieci”.

Czyli mamy tak: 

– obudowy detonatorów, 

– podeszwy do butów 

– handel serem

– nieruchomości mieszkalne i przemysłowe

– noclegi dla letników

w fazie planowania:

– opieka nad dziećmi, przedszkole

– firma eksportowa

ach, no i jeszcze organy piszczałkowe do kościołów, sal koncertowych i bogatych prywatnych salonów + ich utrzymanie. Autorka była matką wychowującą dzieci własne [m.in. 1904, 1908] i adoptowane [1907]. To wszakże kluczowy wkład w dobrostan rodziny nawet, jeśli uwzględniać jedynie wykalkulowany, pragmatyczny aspekt rodzicielstwa.

Organy, motyw – niby – przewodni. Jak to z tym było, kiedy się kończyło. Dużo wahań, jeszcze wojna i powojenny kryzys w tle, wspólnicy grymaszą, a tu nagle:

[1919]

„W związku z napływem wielu zapytań i zamówień musieliśmy zatrudnić 24 dodatkowych pracowników. Płace nadal rosły, a czas pracy został skrócony do 8 godzin dziennie. Prawa stanowione przez rząd szkodzą nam, fabrykantom; za mało się robi w tej kwestii”.

Czyli dobrze się dzieje (wiele zamówień, dodatkowi pracownicy), czy źle się dzieje (prawa szkodzą nam, fabrykantom)? 

[1920]

„Co dziwne, w fabryce nagle przestały napływać zamówienia. Zajmowaliśmy się jedynie produkcją piszczałek prospektowych, które były potrzebne do wszystkich organów, w miejsce skonfiskowanych piszczałek cynowych. Parafie były zapewne przyzwyczajone do niezwykle wysokich cen nowych organów. Pomimo bezrobocia robotnicy domagali się podwyżki płac od około 1 marki do 1,30 za godzinę. Przy takim wynagrodzeniu nie mogliśmy pracować w magazynie, musieliśmy zatem zwolnić 15 osób, pozostawiając 20 pracowników. Pracownicy zaś nie chcieli się na to zgodzić, ponieważ taryfikator przewiduje skrócenie czasu pracy do 30 godzin przed możliwością zwolnienia. Nie udało się dojść do porozumienia, Jednakże komisja arbitrażowa, do której się odwołaliśmy, orzekła na naszą korzyść”.

Kilka stron dalej:

„Biznes funkcjonował dalej, a pracy było zaledwie dla 25 robotników”. 

[1921, ostatnia wzmianka to kwiecień]

„Jak zwykle o tej porze w fabryce jest bardzo cicho. Nie zamówiono żadnych nowych organów (trwają prace nad jednym instrumentem). Zyski w zeszłym roku były dobre, ponieważ sytuacja była dla nas korzystna. Hammer został przyjęty do spółki jako wspólnik ponoszący osobistą odpowiedzialność”.

Intryguje mnie to określenie jak zwykle [Im Geschäft ist wie gewöhnlich um diese Zeit sehr still]. Kiedy przeglądam pamiętnik to opisanych w nim blisko 20 lat zlewa się w jedną całość. Bardziej realistycznie jest jednak porównywać tylko kilka ostatnich lat, znając życie z własnego doświadczenia. Czyżby środek roku był czasem, w którym dzieje się mniej fabryce organów niż w pozostałe miesiące? Czy po prostu realia wojenne i powojenne wywróciły całkowicie pojęcie dni spokojnych i dni pełnych zadań? W tym samym roku bowiem autorka zanotowała:

[1921]

„W fabryce zapanowało wielkie poruszenie. Robotnicy domagają się zwolnienia pana Kollibaya ze względu na jego syna, który pracował ze szkodą dla firmy, byli bardzo niezadowoleni z zarządzania. Chcielibyśmy wreszcie mieć zlecenia. Inni producenci organów mieli mnóstwo pracy, a my musielibyśmy więcej podróżować i zająć się odpowiednią promocją. Hammer jest znany jako przeciwnik podróży służbowych, ponieważ zazwyczaj nie są one płatne. Ale potem przekonaliśmy pracowników, że nie możemy po prostu zwolnić naszego długoletniego przedstawiciela i że zadbamy o to, aby Benno Kollibay zrezygnował z działalności na własny rachunek. Pan Koll.[ibay] uczestniczył w transakcji na kwotę 30 000. Marek i otrzymał pełnomocnictwo. Następnie odbyliśmy kilka podróży i opublikowaliśmy materiały reklamowe. Po złożeniu wielu ofert z gwarantowanymi cenami otrzymaliśmy wiele zamówień. Oprócz 40 prospektów, 30 napraw zamówiono 6 nowych instrumentów. Szkoda, że ​​nie pracujemy szybciej i że tak mało udaje nam się doprowadzić do końca. Niestety w ostatnim kwartale roku pojawiły się liczne dodatki do wynagrodzeń. Łącznie wyniosły one 90%, więc zamiast zysku mamy straty. W pierwszych 35 tygodniach maksymalna płaca wynosi 4,60 Marek za godzinę i do końca roku będzie wzrastać do 7.05 (1 stycznia 2022 – 8.05). Jednocześnie jesteśmy świadkami ogromnego wzrostu cen materiałów. Cynk 3 razy droższy, czyli 33 Marki za kilogram,  skóra zamiast 120, 240 Marek. Cyna zdrożała z 35 do 220 Marek za kilogram, filc 310 Marek za metr. Węgiel kosztował we wrześniu 20 Marek, a na koniec roku 40”.

Tylu konkretów autorka dawno nie zanotowała. Należałoby jeszcze ustalić siłę nabywczą pieniądza w tym czasie i mamy konkretne wyobrażenie o branży i zarobkach. Zaintrygowało mnie to zwłaszcza  ze względu na dotychczasową treść pamiętnika, gdzie takich informacji jest niewiele. Czyżby wobec nasilających się trudności mąż precyzyjnie informował swoją żoną o rynkowych zmianach? Takie tematy pojawiały się częściej przy domowym stole? A może żona pomagała w fabryce aby uzupełnić braki przy niekompletnym personelu?

[1922]

„W fabryce mamy dużo roboty i ledwo nadążamy z realizacją wszystkich zamówień. Wydarzyło się jednak kilka niepokojących wydarzeń. Ester Tesche, budowniczy organów, zrezygnował i poszedł do pracy u Sauera (nasz konkurent) jako wrocławski przedstawiciel. Prawdopodobnie zawdzięczamy to panu Matheusowi, który zawsze chętnie udzielał nam dobrych rad i w końcu dał nam jasno do zrozumienia, że ​​chciałby pracować jako współpracownik artystyczny w naszym biznesie. Głównym powodem było to, że jego dochód wynosił tylko 9000 Marek, podczas gdy od nas otrzymałby co najmniej 30 000. Musieliśmy oczywiście odrzucić jego prośbę, ponieważ R. może sam zająć się tymi sprawami, nie musi wydawać tak dużo pieniędzy na pracownika. Ledwo otrząsnęliśmy się w firmie po tym szoku gdy Pan Kolibay senior (brygadzista) zrezygnował ze stanowiska, argumentując, że jego syn zrzekł się sukcesji i że jest również niezadowolony ze swoich dochodów. Szybko stało się jasne, że za tą sprawą stoi pan Landau, który chce założyć z panem Kolibayem i jego synem nową firmę organową. Dawne pomieszczenia Lilza zostały już wynajęte w tym celu. Uważamy, że cała sprawa jest aktem zemsty Landaua, który przegrał proces z Hammerem. L.[andau] pisał już do nas dwa razy z propozycją połączenia swojej nowej firmy (która jeszcze nie istnieje) z naszą. R.[einhold] nie odpowiedział na tę propozycję. Jesteśmy bardzo ciekawi, jak to się rozwinie. R. był nieobecny przez cztery dni, podróżując do Berlina, Szczecina, Kołobrzegu i do Treptow”.

Czyli idzie na ostro: był sabotaż, zwodzenie klientów, quasi-mobbing, „dociskanie do ściany” firmy z tradycjami, aby założyć własną. Z perspektywy pamiętnika przyczyna zakończenia działania firmy w Świdnicy w moim odczuciu znajduje się właśnie w tych akapitach. Ostatnie wzmianki o budowie organów wyglądają następująco:

[1922]

„W sprawach zawodowych było sporo pracy, choć pensje jeszcze bardziej wzrosły (pod koniec roku do 200 Marek za godzinę). Ciekawe, że po odejściu pana Kolibaya organy były montowane znacznie szybciej i musieliśmy natychmiast starać się o nowe zlecenia. Reinhold znów pojechał na Pomorze i przywiózł nowe zamówienie. Później z panem Hammerem pojechali do Opola i zawarli umowę na 20-głosowy instrument za 2 300 000 Marek (który po zmontowaniu kosztował ostatecznie 4 600 000 Marek). 

Niestety musimy sobie uświadomić, że w naszej artystycznej dziedzinie nie ma już możliwości zarobku, a tym bardziej rozgłosu, zwłaszcza w obecnych warunkach i przy obecnym kierownictwie. 

[Wir müssen leider einsehen, dass auf unserem Künstlerischem Gebiet Keine Verdienstmöglichkeit geschweige Ruhm jemals mehr unter der jetzigen Zuständen und Leitung

zu erringen ist.]

Teraz mamy podwójny kłopot, bo spory między Bruno a Hammerem, którzy wcześniej wspólnie występowali przeciw Reinholdowi, teraz stają się coraz intensywniejsze. 

Można powiedzieć, że żyją jak pies z kotem 

[„die beiden wie Hund und Kater sind”]. 

Po kilku tygodniach pracy tylko w magazynie, z powodu całkowitego braku zamówień, jesteśmy zmuszeni zawiesić działalność na czas nieokreślony. Wypowiedzieliśmy umowy całemu personelowi 23 grudnia. 

Nastrój jest przygnębiający, 

[„Die Stimmung ist gedrückt”] 

ale w ukryciu tli się w nas nadzieja, że poprzez przekształcenie lub założenie nowej spółki uda się osiągnąć jeszcze korzyści osobiste. 

Nowe życie kwitnie na ruinach.

  1. Zapomniałam wspomnieć, że jednak Gertruda była tu latem w odwiedzinach”.

Tak zakończyła się historia firmy Schlag&Synowie w Świdnicy. Z perspektywy narracji zapisanej w pamiętniku.

c.d.n.

 

#6. Dzieci i szkoła

Mam trzech synów, Bator & Synowie, mnóstwo radości i wiele różnorodnych decyzji, nowych sytuacji, wiele możliwości. Kiedy w pamiętniku natrafiam na opisy spraw związanych z dziećmi od razu uruchamiają się we mnie emocje z dnia codziennego rodzica:  czy to co zamierzam będzie dobrym zajęciem, które da potomstwu radość, czy niepokój, frustrację. Co będzie ze szkołą i obowiązkami? Pamiętnik w tym temacie dostarcza sporo informacji, od narodzin i śmierci dzieci w pierwszej części (lata 1902–1917), przez szkołę, wyjazdy wakacyjne, zajęcia pozalekcyjne i pomoc w domu, szczególnie w okresie świątecznym. To co autorka zdecydowała się zapisać było… ważne? Istotne dla niej nawet, jeśli wspomniane sytuacje wydają się być prozaiczne. Oto kilka fragmentów z lat 1918–1926 dotyczących dzieci:

[1918]

„Na Wielkanoc Siegfried poszedł do gimnazjum, a Sylva-Regina rozpoczęła pierwszy rok nauki”.

Nic specjalnego, w tym zdaniu powyżej, bo tuż obok zanotowano

{1918]

„Teraz spotkaliśmy się z dość niemiłą niespodzianką, pan Oblat dał nam nakaz opuszczenia mieszkania”

Ale wróćmy do dzieci:

[1919]

„W grudniu rozpoczęliśmy przygotowania do świąt Bożego Narodzenia, na które w tym roku nasze dzieci czekały szczególnie z utęsknieniem. Irmelin rozpoczęła już w szkole wykonywanie pięknego rękodzieła oraz projekt robienia na drutach, a teraz była zajęta jego kończeniem.

Siegfried  każdego dnia ćwiczył grę na skrzypcach, aby móc zagrać ojcu pierwszy utwór bez popełniania błędów. Tak więc w końcu stworzyliśmy duży program z  wierszami nauczonymi na pamięć itp. Sylva dodał nawet swój wyćwiczony taniec.

Wszystko wyszło znakomicie, a oni mieli mnóstwo okazji, by zaprezentować gościom swoje osiągnięcia i zdobyć uznanie w czasie kolejnych świąt. Wszyscy twierdzimy, że były to prawdopodobnie najlepsze święta Bożego Narodzenia, jakie kiedykolwiek przeżyliśmy. Kolejnym ważnym wydarzeniem, o którym muszę wspomnieć, jest zakup przez nas zupełnie nowego, czarnego, polerowanego fortepianu koncertowego”.

Bardzo mi się to podoba, połączenie potencjału szkoły i domu rodzinnego w przygotowaniach przedświątecznych. Do tego muzykowanie dzieci. Zwłaszcza w rodzinach związanych z branżą muzyczną często spotykam skrajne postawy, albo: musisz grać jak rodzice, lub: broń Boże, znajdź sobie normalne zajęcie. Tym czasem… tato, czyli Reinhold… 

[1921]

…od dawna marzył o posiadaniu instrumentu podobnego do skrzypiec. Nadarzyła się okazja nabycia organów z miejscowego szpitala. Rozbudował je odpowiednio, dodając jedynie wibrujący głos solowy (koszt 1600 Marek). 

Nie jest dla mnie jasne o jaki instrument chodziło Reinholdowi, ale najwyraźniej coś kupił do domu. Do tego zakup fortepianu opisany w poprzednim akapicie. Przypominają mi się także notatki o śpiewaniu w poprzedniej części pamiętnika:

[1913] 

„Panna Beling chce zagrać koncert, na którym śpiewam w chórze, a także w dwóch miejscach partie solowe”.

Czyli muzyki jest dużo. Jest ona także wspólnym zajęciem rodziców i dzieci. Poniższy opis to kolejny przykład, a do tego dochodzi gimnastyka:

[1920]

„Nie można również pominąć lekcji gry na pianinie, dlatego oprócz godzin szkolnych, rezerwowane i planowane są także zajęcia popołudniowe. Oczywiście nie zabraknie także gier i zabaw. Irmelin należy teraz do grupy 6 wspaniałych dziewczyn, które spotykają się w każdy czwartek, a Sylva wzięła udział w pokazie gimnastycznym i tańczyła z hula-hopem. R. ma wolne popołudnia w każdy czwartek”

Dzieci z perspektywy rodziców mogą być też powodem porównań. Nie zabrakło także i tego elementu z życia rodziców:

[1920]

„Anneliese cieszy się moimi dziećmi, życzyłaby sobie, aby jej braciszek Werner miał chociaż małą część z ich naturalności i świeżości. Codziennie towarzyszy Sylvie w drodze do szkoły i jeździ gondolą z Siegfriedem”.

Jeszcze jeden uniwersalny detal: jedzenie. Zwłaszcza kiedy gotuje się dla obcych dzieci. To tylko jedno zdanie, ale przytaczam cały fragment dla zbudowania kontekstu i klimatu:

[1920]

„W połowie września, w naszym domu zaczęło się sporo dziać. Edith poinformowała o swojej wizycie telegramem i dotarła do nas następnego dnia. Była szczęśliwa i pogodna, znaliśmy ją już wcześniej, dzieciaczki były przemiłe; Bergliot jest bardzo podobny do Williama, a Eva zdecydowanie pochodzi od naszej rodziny. Wkrótce poczuli się u nas jak w domu; gdy Edyta pojechała sama do Legnicy w Szprotawy, a obie córki zostały tutaj, zachowując się naturalnie i nienagannie, niczego im nie brakowało. Niestety, byli trochę wybredni, jeśli chodzi o jedzenie, więc nie udało nam się ich w pełni zadowolić pod tym względem. Poza tym byli bardzo zadowoleni z naszych dzieci i ich zabawek. (…) Wieczory zawsze spędzaliśmy w uroczystej i towarzyskiej atmosferze naszego przestronnego salonu. Muzyka, śpiew, taniec i przede wszystkim opowieści Edith sprawiały, że czas mijał nam błyskawicznie”.

A w szkole:

[1920]

„Siegfried miał dobre oceny i dotrzymywał kroku innym uczniom w nauce łaciny. Teraz muszę załatwić Irmelin-Rose dodatkowe lekcje języka francuskiego.”

Powoli przeplata się także wątek nadmorski

[1920]

„Zostałam z trójką moich dzieci jeszcze 2 tygodnie i świetnie się bawiliśmy na plaży i w morzu; było po prostu cudownie i pokrzepiająco, dzieci wspaniale wypoczęły; opaliły się na brązowo, jak mulaci, były wesołe i rozbrykane jak małe źrebięta, ale ten piękny czas dobiegł końca, a my, ledwo wróciliśmy do domu od razu wyprawiliśmy dzieci do szkoły, która właśnie się zaczynała. Niestety, Siegfried miał trudności z nauką łaciny, więc musiałem zatrudnić kobietę, która przychodziła codziennie na godzinę i ćwiczyła z nim łacinę”.

Łacina i francuski, czyli południowe klimaty, dzieciom północy najwyraźniej obce. Ale kto był dobry z wszystkiego w szkole niech pierwszy… nie będę w to brnął. Wspaniale jak są dzieci, a jakże niezwykle jest myśleć o nich kiedy sobie gdzieś daleko pojadą. 

[1921]

„W tym samym czasie nadeszło zaproszenie ze Strzelina dla Siegfrieda, który oczywiście był bardzo szczęśliwy, ponieważ w dniu wyjazdu przypadały jego urodziny i mógł tam spędzić miło czas. Spędzi tam Zielone Świątki. Imelin była trochę smutna, że ​​będzie musiała zostać sama w domu na święta, nam też z tego powodu było przykro [dies tat uns auch Leid]. Dlatego zwróciliśmy się z prośbą do rodziców jednego z jej przyjaciół, właściciela majątku w Witoszowie, o przyjęcie Irmelin, nasza prośba została bardzo hojnie spełniona. Emmy, nasza opiekunka, także wróciła do swojego domu, więc spędziliśmy Zielone Świątki sami”.

 

Ciekawe dlaczego było im przykro? Pytanie przekorne, wszak po raz pierwszy małżonkowie od długiego czasu na kartach pamiętnika zostają sami. Chata (tzn. willa) wolna. 

Jeszcze na zakończenie taki oto fragment. Opis niekiedy jak z romantycznej prozy:

[1922, Maj]

„Jakże dziwne było to, że szkoły miały przerwę zimową w kwietniu a wakacje były w maju. Pogoda się zmieniła i mogliśmy wybrać się na różne wycieczki. Dzieci również chętnie jeździły na rowerach; nawet Sylva była w stanie jeździć na o wiele za dużym damskim rowerze. Z Käthe Häuschkel i jej małą córeczką wybraliśmy się na spacer do ogrodu jeleni, który mieścił się za ogromnie długą wioską Witoszów. Spacer zajął nam trzy godziny, ale rozbiliśmy obóz na łące po drodze, aby zjeść przekąskę, którą ze sobą przynieśliśmy, i pozwalaliśmy dzieciom na zmianę przejechać kawałek na rowerze. W końcu dotarliśmy do celu, gdzie znaleźliśmy ogromne ilości konwalii w pełnym rozkwicie. Nigdy nie byłam otoczona tak cudowną, wiosenną wonią jak tutaj — w jasnym, zielonym i delikatnym lesie, gdzie promienie słońca drżały, a radosne dzieci śmiechem napełniały przestrzeń. W drodze powrotnej nieśliśmy tyle konwalii, ile tylko się dało, i w domu przez ponad tydzień przypominało nam o tym 12 wazonów wypełnionych kwiatami. W dniu Wniebowstąpienia wybraliśmy się również na wycieczkę, tym razem do Górki (koło Sobótki). Siegfried i Irmelin pojechali rowerami, a reszta pociągiem. W ogrodzie koncertowym już o godz. 15 wszystkie miejsca były zajęte i musieliśmy zadowolić się deskami położonymi na pustych beczkach po piwie. Kelnerzy nie byli w stanie obsłużyć około 6000 gości, więc musieliśmy sami przynosić sobie kawę i inne napoje. Potem, jak wielu innych, rozłożyliśmy się na wielkiej łące. Odświętnie ubrani ludzie w otoczeniu wysokich drzew i z Sobótką w tle tworzyli przepiękny widok. W tle brzmiały urocze melodie orkiestry. Jak to zwykle bywa w dzień Wniebowstąpienia, wieczorem zaczęły się zbierać burzowe chmury. Dla bezpieczeństwa szybko się zebraliśmy, ale już w drodze na dworzec zaczęło wiać, choć dotarliśmy tam jeszcze suchą nogą. Wtedy nadeszła straszna burza, a mały peronowy daszek nie mógł pomieścić wszystkich ludzi. Nie mieliśmy innego wyjścia, jak całkowicie przemoknąć — nie została na mnie ani jedna sucha nitka. Mój piękny kapelusz z piórami był zniszczony. Najbardziej martwiłam się o dwoje dzieci, które były w drodze rowerami. Pioruny uderzały wiele razy, a w oddali pojawił się duży pożar. Przez całą godzinę staliśmy z ubraniami dosłownie jak pod prysznicem — tak lało. W małym przedsionku ludzie krzyczeli, bo bali się zostać zadeptani i panika była blisko. Gdy wróciliśmy do domu, Siegfried i Irmelin przybyli niemal jednocześnie i nie zmokli — przeczekali burzę w gospodzie”.

Sprytne dzieci.

#7. Miejska willa czy gospodarstwo?

[1914]

„Zebraliśmy plony z ogrodu, mamy dużo pomidorów, maliny były świetne w tym roku, poza tym zbiory warzyw były mierne. Przygotowaliśmy wystarczająco dużo, by przetrwać zimę. Ponadto rozebrano szopę przy willi Pohl, a całą łąkę przekształcono na działkę ogrodową, każdy otrzymał 300 metrów kwadratowych. Posadziliśmy 4 grządki truskawek, kilka krzewów kolczastych i malinowych; teraz sadzimy ½ centara młodych ziemniaków”.

Życie w mieście nie wyklucza uprawiania ziemi dla celów konsumpcyjnych. Mimo silnego skojarzenia tej czynności z życiem poza miastem. W pamiętniku wątek ten powraca stale, mimo, że nie szczególnie często. Ogród był z jednej strony komponentem estetycznym:

[1921]

„…nawet w lutym można było znaleźć mnóstwo przebiśniegów. W dniu moich urodzin w marcu było mnóstwo fiołków i pierwiosnków, a dziś, 2 kwietnia, krokusy, tulipany i hiacynty konkurują z kwiatami gruszy i pąkami bzu. Buk pospolity i kasztanowce rozkwitają przed naszymi oknami”.

 

Z drugiej strony okres pierwszej wojny światowej i zmiany życiowe związane z wyprowadzką ze Świdnicy niosły ze sobą dodatkowo potrzeby… zaopatrzeniowe:

[1917]

Zebraliśmy plony z ogrodu, mamy dużo pomidorów, maliny były świetne w tym roku, poza tym zbiory warzyw były mierne. Przygotowaliśmy wystarczająco dużo, by przetrwać zimę”.

Słowa „przetrwać zimę” brzmią w moich uszach niezbyt miejsko. Jednak mieszkanie poza miastem, w Lubachowie, również nie oznaczało wyłącznie pragmatycznego podejścia do spraw ogrodowych:

[1913]

„Pięknie teraz mieszkamy, mamy wokół widok na porośnięte lasami góry, do naszego otoczenia należy też ogród, zgrabnie rozmieszczony na kilku poziomach (tarasach) z różami karłowatymi owocami.

Decyzje związane ze zmianami mieszkaniowymi sporadycznie również wiążą się z kwestiami ogrodowymi:

[1913]

„Pojawił się pomysł zamieszkania w fabryce, gdzie tak czy owak nie używało się ogrodu”.

Nie mam pewności czy poniższy cytat dotyczy spraw ogrodowych, ale pasuje do wątku samo-żywienia się przy pomocy ogrodu i wątpliwości z tym związanych: 

[1913]

„Chciałam też wszystkim dać przykład oszczędnego życia, zaprzeczyć wątpiącym w nasz brak realizmu w planowaniu”.

To cytat z pierwszej części pamiętnika, ale wątek powraca również w drugiej części:

[1921]

„…mogłabym łatwiej zabrać owoce do domu z przyfabrycznego ogrodu. Zajmuję się tam także trochę uprawą warzyw”.

Po przeprowadzce ze Świdnicy, w nowym miejscu kwestie związane z przydomowym ogrodem są również szczegółowo opisane:

[1925]

„W tym czasie Reinhold pracował w ogrodzie i założył pierwsze grządki warzywne. Johanne podczas mojej podróży przez Faller dała mi wiele bylin i nasion, które po moim powrocie również zostały uporządkowane w ogrodzie. 1 kwietnia zatrudniłam już dziewczynę, która teraz musiała dzielnie pomagać we wszystkich pracach”.

Poniżej krótki cytat:

[1925]

William pomagał Reinholdowi wykopywać ziemniaki”

Dodam tylko, że William przyjechał z Limy (stolica Peru, Ameryka Południowa) do Europy, by m.in. pomagać w wykopywaniu ziemniaków. 

Na zakończenie jeszcze jedna niepozorna wzmianka,  która mnie bardzo zaskoczyła. A do tego mam jeszcze ilustrację zdjęciową. Poniższy cytat: 

[1918]

„W sierpniu padł nam cenny młody koń; [ein wertvolles junges Pferd] R. musiał pełnić wartę w stajni przez całą noc (kura z przydziału była przyczyną zaburzeń jelitowych)”.

Dodatkowych informacji brak. Czy koń miał być odpowiednikiem traktora na wsi (oranie ziemi, transport towarowy), czy limuzyny w mieście (rekwizyt na szykowne przejażdżki), czy był jednym z wielu zwierząt zaprzęganych do powozu? To ostatnie kłóci mi się z notatkami o wyprawach samochodowych w roku 1911 i 1912. Czy w takim razie to nie był ich samochód? Albo był ich i sprzedali go w okolicznościach wojennych lub w sytuacji niepokojów związanych ze łaknącą produkcją organów? Liczę się z tym, że nie zdobędę odpowiedzi na te pytania. Ale i tak jest fajnie, nawet po wychwyceniu w pamiętniku takiego fragmentu: 

[1918]

„Naprawdę nie spotkało nas w tym roku nic dobrego”

Podejrzewam tę kurę z przydziału w jelitach.

 

#8. Nazwy własne w pamiętniku.

Moje wątpliwości dotyczące kilku nazw z pierwszej cześci pamiętnika i były w kilka godzin wyjaśnione przez czytelników. Przypominają mi się niejasności dotyczące Rybnicy Leśnej i Małej oraz lokalu „Forelle” we wsi Kamionki. O ile większość nazw uważam za powszechnie znane (Świdnica/Schweidnitz, Wałbrzych/Waldenburg, Wrocław/Breslau) o tyle niektóre są dla mnie niekonkretne. Mój instynkt używania wyszukiwarki internetowej, GPT czy też moi informatorzy to niekiedy za mało. Biorę w tym momencie poprawkę na to, że autorka pamiętnika używała w swoich notatkach kreatywnego języka: Reinhold to Rinaldo (taki makaronizm), Siegfried Theodor to Bubi, czy wyspa Møn pisana jako Möen, Sarø jako Sarò czy Dragør jako Dragör. Te ostatnie to bardziej warianty językowe (Roma-Rzym, New York-Nowy Jork itp.)

Remontowana obecnie Willa Hanna przy ul. Gen W. Sikorskiego mogła w swojej ponad stuletniej historii mieć różne nazwy, niektóre także nieoficjalne. Podobnie z budynkiem Villa Morys Ruh/Villa Moris, która może będzie nazywać się niebawem Villa SmartWork? W pamiętniku takim zagadkowym dla mnie adresem jest willa Pohl. Pojawia się ona w takim zdaniu:

[1914]

„Posadzono około 20 nowych drzew owocowych. Stary ogród był zdecydowanie ładniejszy, niechętnie wyrażaliśmy zgodę na te zmiany. Ponadto rozebrano szopę przy willi Pohl, a całą łąkę przekształcono na działkę ogrodową, każdy otrzymał 300 metrów kwadratowych”. 

[Dafür wurde ca. 20 neue Obstbäume gepflanzt. Der alte Garten war entschieden schöner und wir haben ungern unsere Zustimmung gegeben. Ferner wurder alte an der Pohl-Villa stehende Schuppen abgebrochen und die ganze Wiese als Gartenland hergericht, jeder erhält 300 qm.]

Podobnie nazywano inne obiekty, dla przykładu:

[1917]

„Willa z wieżą” w Kopenhadze, 

[immer grosse Sehnsucht nach den Bewohnern von der Turmvilla in Kbh.]

a także nowy adres po wyprowadzce ze Świdnicy:

[1926]

Willa „Czerwony Kapturek” w Warnemünde

[Villa Rotkäppchen – Warnemünde]

Ta ostatnia willa pojawia się w licznych sytuacji opisywanych po wyprowadzce ze Świdnicy. Tu mała zapowiedź kolejnej części pamiętnika. Część trzecia (1927-1958) miała między stronicami włożone trzy luźne kartki. Jedna to strona z kalendarza z rozważaniem słów z Pisma Świętego:

„Tak samo żony niech będą poddane swoim mężom, aby nawet wtedy, gdy niektórzy z nich nie słuchają nauki, przez samo postępowanie żon zostali dla wiary pozyskani bez nauki, gdy będą się przypatrywali waszemu, pełnemu bojaźni, świętemu postępowaniu. Ich ozdobą niech będzie nie to, co zewnętrzne: uczesanie włosów i złote pierścienie ani strojenie się w suknie, ale wnętrze serca człowieka o nienaruszalnym spokoju i łagodności ducha, który jest tak cenny wobec Boga. Tak samo bowiem i dawniej święte niewiasty, które miały nadzieję w Bogu, same siebie ozdabiały, a były poddane swoim mężom. Tak Sara była posłuszna Abrahamowi, nazywając go panem. Stałyście się jej dziećmi, gdyż dobrze czynicie i nie obawiacie się żadnego zastraszenia. Podobnie mężowie we wspólnym pożyciu liczcie się rozumnie ze słabszym ciałem kobiecym! Darzcie żony czcią jako te, które są razem z wami dziedzicami łaski, to jest życia, aby nie stawiać przeszkód waszym modlitwom”. 

(Nowy Testament, 1 List św. Piotra, rozdział 3m wersety od 1 do 7).

A druga i trzecia to pocztówki z domem, nieruchomością, czyli, uwaga, z… willą „Czerwony Kapturek” w Warnawoujściu [Warnemünde]. Tam m.in. przyjmowani byli goście, letnicy. To było miejsce życia i nowej pracy autorki pamiętnika. Jej małżonek, do niedawna szef fabryki organów, jednej z kilku największych w Europie… [1923] „Z braku innych możliwości Reinhold przyjął dorywczą pracę w biurze stoczniowym, co do końca roku okazało się dla nas bardzo pomocne. Służącą musieliśmy już latem zwolnić, bo nie mogliśmy jej dłużej opłacać. Koza została zabita, psa sprzedaliśmy – cieszyliśmy się, że na Boże Narodzenie udało się zatrzymać trzy gęsi dla siebie”.

Wracając do nazw: znalazłem jeszcze dwie, które wymagały ode mnie dodatkowych poszukiwań:

[1921]

Neumühlenwerk, to zapewne flesza nowomłyńska (okolice lodowiska, między ulicą Śląską i Brzozową), miejsce gdzie znajdowała się jedna z branych pod uwagę na wynajem nieruchomości.

Mamy także także niesprecyzowane:

[1911]

Fiedler Gasthaus

Najprawdopodobniej chodzi o 

Gastwirtschaft, Herbert Fiedler 

Reimsbach/Reimsbachtal (Rybnica Mała)

https://www.szukajwarchiwach.gov.pl/en/jednostka/-/jednostka/39178543?refererPlid=20136

czyli gospoda zanotowana w archiwach w 1938 roku. 

Wydawało mi się, że tych nazw widziałem dużo więcej, ale jak akurat chce je wyliczyć, to coś ich nie widzę.

 

#9. Bóg i religijność.

W całym pamiętniku nie znalazłem informacji typu: idziemy do świątyni/kościoła/kaplicy, będzie spotkanie biblijne/medytacyjne itp. 

Zwroty ze słowem Gott (Bóg) wydają się być bardziej formułą retoryczną niż religijną:

Gott sei Dank/Gott sei es gedankt! – Bogu niech będą dzięki, 

Gott Lob – Bogu chwała, 

der liebe Gott Hat es gut gemeint – łaskawy Bóg dobrze to zaplanował,

der liebe Gott es wohl so wollte – tak chciał łaskawy dobry Bóg,

ich dankte Gott – dziękuję Bogu,

Gott, hilf zum Besten – Boże, prowadź [dopomóż] ku lepszemu! 

Są jeszcze dwa momenty o duchowo-religijnym charakterze:

[1908]

„10 sierpnia przyszedł Pastor Wolf w sprawie chrztu”

[am 10. Aug. kam Pastor Wolf der die Kinder getauft hat zufällig zu uns]

Najbardziej emocjonalnym zdaniem w moim odczuciu było:

[1908]

Dziękowałam Bogu, że wziął do siebie tego małego niewinnego aniołka.

[und ich dankte Gott, dass er diesen unschuldigen kl. Engel zu sich nahm.]

Rodzina pilnowała także obowiązków religijnych dzieci. Przyznam jednak, że nie odnoszę wrażenia szczególnej wrażliwości w poniższym cytacie:

[1923]

Siegfried miał lekcje konfirmacyjne

[ausserdem ginge Siegfried in die Konfirmantenstunde]

zwłaszcza, że następne słowa brzmiały:

„rok szkolny powinien najpierw dobiec końca.”

[u. das Schuljahr sollte zuerst richtig beendet sein.]

Brzmi to bardziej jak formalność do załatwienia, ale potomek był zapewne do tego stopnia szczęśliwy, że mama to zanotowała:

[1923]

„W Niedzielę Palmową Siegfried miał konfirmację i bardzo cieszył się z uroczystego dnia”.

[Palmennsontag wurde Siegfried Konfirmert und er freute sich über den festlichen Tag.]

Słowo pogrzeb (Begräbnis, Beerdigung) pojawia się w pamiętniku 4 razy, podobnie ze ślubami, zawsze jako lakoniczna wzmianka. Większość zawodowej pracy producentów organów to kontakt z zarządcami miejsc religijnych. Jednak w pamiętniku jak i w innej korespondencji w sprawie organów w świątyniach nie ma odniesień do religijności którejkolwiek ze stron.

 

#10. Nowe miejsce, te same kłopoty

Przeprowadzka na północ oznaczała całkowite zerwanie relacji biznesowych. Mimo drobnych organmistrzowskich „nawrotów” (Reinhold pomagał Eggertowi w warsztacie w Odense) Schlagowie całkowicie zmienili swoje zawodowe życie. Kilka cytatów, bez zbędnych opisów. Z kontekstu można się domyślić reszty:

[1923]

„Z braku innych możliwości Reinhold przyjął dorywczą pracę w biurze stoczniowym, co do końca roku okazało się dla nas bardzo pomocne”. 

[1924]

„Stocznia rozbiórkowa była nam winna ok. 500 marek, ale za każdym razem nas zwodzili. Zakład był w trudnej sytuacji, ograniczał działalność, Reinhold i 30 innych pracowników zostało zwolnionych – więc straciliśmy źródło dochodu. Warsztat pogrążał się z dnia na dzień w coraz większych długach, a komornik był tam stale obecny. Dokładaliśmy wielu starań, by odzyskać nasze należności, ale na próżno – ci nieliczni pozostali pracownicy i urzędnicy otrzymywali swoje pensje z opóźnieniem i tylko częściowo”.

Czyli zmaganie o pieniądze, gdzieś to już wcześniej było…

[1924]

„W marcu Rinaldo przez krótki czas pracował w biurze zakładów lotniczych Heinkel, ale ta praca była zbyt obciążająca dla jego zdrowia, więc musiał ją porzucić”.

[1924]

„Chociaż pozornie nie mieliśmy pracy, intensywnie pracowaliśmy głową, szukając nowego sposobu na życie – rozważaliśmy 10–12 różnych opcji, ale żadna nie miała sensu – wszędzie brakowało dachu nad głową”.

[1924]

„Zrozpaczeni spacerowaliśmy promenadą nadmorską; w drodze powrotnej przechodziliśmy naszą ulicą obok ostatniego nowego budynku, który latem był co prawda zamieszkany, ale teraz stał pusty”.

I to było „TO”. Po wielu prozaicznych przygodach ze stolarzami, malarzami, dekoratorami wreszcie…

[1925]

„Nasz ogród z tyłu został zaorany i nawieziony, postawiono słupki na pranie, a na domu umieszczono cementowy napis: Czerwony Kapturek”.

A więc do dzieła, podobnie jak z organami w Świdnicy potrzebny był marketing: 

„Nasze ulotki i katalog są już w druku. Ogłoszenie o nas znajduje się także w prospekcie kąpieliskowym. Reinhold sfotografował dom z zewnątrz i wewnątrz do naszego prospektu”.

Dom nad morzem to nie tylko biznes, to także pewien grupowy status:

[1925]

„Niedawno byłam na kawie u pani dr Ahrens, gdzie przedstawiono mnie jako koleżankę dwunastu damom prowadzącym pensjonaty. Kilka razy odwiedziłam też pannę Bejer – obie panie to bardzo miłe osoby z pięknymi domami. Panna Bejer powiedziała, że weźmie mnie pod swoje skrzydła, za co jako początkująca jestem jej bardzo wdzięczna”. 

Coś się zaczyna wyjaśniać. Mamy jeszcze piękne „scenograficzne” szczegóły:

[1925]

„Wysłaliśmy list do Wrocławia i zamówiliśmy u przyjaciela Reinholda, Jäckela, pościel, która już częściowo dotarła i została przerobiona. Byliśmy też w Rostocku i kupiliśmy aksamit na suknię konfirmacyjną Irmelin, którą sama zamierzam uszyć. Reinhold nastroił pianino panny Bejer, która była bardzo wdzięczna i podarowała nam różne produkty spożywcze. We wtorek jesteśmy zaproszeni z dziećmi. Wczoraj zabrała mnie na muzyczny wieczór w stylu biedermeier – to było cudowne!”

Pościel z Wrocławia w Warnawoujściu, blisko 600 kilometrów. Do tego Reinhold pamiętał jeszcze jak się stroi instrumenty muzyczne. W tym biznesie 

[1926]

„Aby przetrwać całą zimę bez dochodów, musimy się oczywiście bardzo ograniczać. Służącą zwolniliśmy we wrześniu”.

Przychody z sezonu letniego powinny wystarczyć na pozostały czas w ciągu roku, chociaż

[1926]

Zajmowałam się też wieloma naprawami ubrań”.

Niby fajnie, ale jak wracam od wielkich organów Kościoła Pokoju, czy z Sanktuarium św. Józefa na ul. Kotlarskiej to trochę mi szkoda, trochę nie mogę uwierzyć, że to się skończyło. Czytając zaś niektóre strony pamiętnika nie pasują mi do siebie dwa światy: pracownik biura stoczni i twórca wspaniałego brzmienia organowego – jedna i ta sama osoba, tylko kilka lat starsza.

 

#11. No ale co z dziećmi?!

Rodzice kombinowali jak dorośli, szukali pracy, rozpoznawali swoje nowe i stare talenty, wychodzili ze strefy komfortu. Ale dzieci które… 

[1923]

„…były podekscytowane perspektywą zamieszkania w nowej willi i możliwością codziennego wpatrywania się w piękne morze”.

teraz

[1923]

„Irmeline i Sylva zostały zapisane do miejscowej szkoły prywatnej”

kilka stron później

[1923]

„Irmelin idzie więc do szkoły średniej w Rostocku. Siegfried uczęszcza jeszcze wieczorami do szkoły handlowej, a ponadto na kurs stenografii. Sylva również zaczęła pilniej się uczyć”.

Chyba dobrze idzie… co? No nie, nie za długo bo…

[1925]

„Irmelin miała zrezygnować ze szkoły po Wielkanocy, by pomagać mi w domu, bo nie stać mnie na pomoc domową. Było nam przykro, bo dobrze się uczy i zasłużyła na lepsze zakończenie szkoły. Ten pomysł opisaliśmy w liście do Limy, William, jako jej ojciec chrzestny, podarował jej cały rok nauki w szkole oraz pokrycie kosztów pomocnicy domowej – znów wielka radość dla całej rodziny”.

Nie ma to jak ojciec chrzestny, najlepiej z odpowiednim zapasem na trudniejsze chwile. Ale życie dzieci to nie tylko szkoła, to także choroby:

[1925]

„Ledwie chłopiec wyjechał, Evalein położyła się do łóżka — zdiagnozowano odrę. Chorowała przez 14 dni. Na początku nikt inny w domu się nie zaraził, ale później również Bergliot przeszła to samo. Obie były mocno osłabione i opuściły cztery tygodnie szkoły — Sylva także, bo ze względu na ryzyko zarażenia nie można jej było nigdzie posłać. W okresie rekonwalescencji sytuacja się poprawiła”.

Jak również drobne radości rodziców:

[1925]

„Podczas podróży do Rostocku odwiedzili teatr, oglądali „Czerwonego Kapturka”, kupili nowe ubrania, robili rękodzieło, odwiedzili wystawę bożonarodzeniową i podziwiali Irmelin, która w swojej szkole zagrała zaczarowaną księżniczkę w przedstawieniu bajkowym. To również było urocze. Zachwycone sztuką i pięknem, trzy dziewczynki — Sylva, Bergliot i Eva — samodzielnie przygotowały przedstawienie teatralne oraz dwa tańce elfów, którymi zaskoczyły nas podczas tygodnia bożonarodzeniowego. My, dorośli, musieliśmy je chwalić i podziwiać. Kostiumy zostały dobrane z lekkich, zwiewnych materiałów, a dekoracje przygotowane z dużym smakiem”.

Podobna sytuacja w następnym roku:

[1926]

„Dobrze się bawiliśmy; nasze dzieci również przyczyniły się do atmosfery, prezentując wcześniej przygotowane sztuki teatralne i tańce (ogólna radość)”.

Wreszcie oznaki międzyludzkiej dorosłości, czyli dzieci mają sprawy niezależne od rodziców:

[1926]

„Nasze dzieci były w tym samym tygodniu zaproszone do koleżanki na urodziny — to był prawdziwy tydzień rozrywek”.

Tę część pamiętnika kończy pogodny akapit:

[1926]

„Irmelin do tego czasu zdąży się jeszcze lepiej przygotować do prowadzenia gospodarstwa i będzie jeszcze większym wsparciem. Wygląda na to, że bardzo ją tam [w Danii] polubili – a dla rodziców nie ma nic piękniejszego niż poczucie, że dzieci dobrze sobie radzą w życiu. Na Wielkanoc 1927 roku Sylva zostanie konfirmowana i wtedy wszystkie moje dzieci będą już dorosłe. Choć muszą rozjechać się po świecie, zamierzam na najbliższe lato zatrzymać moje dwie córki tutaj, by pomogły w naszym gospodarstwie”.

Poruszająco i… pragmatycznie. Gospodarstwo samo się nie poprowadzi.

„Wyrażając teraz wdzięczność za miniony rok, wchodzimy z dobrymi nadziejami w nowy rok”.

Szczęśliwego Nowego Roku!   [Prosit Neujahr!]

1926/27

Artykuły powstają w ramach mojego stypendium

Beata Moskal-Słaniewska Prezydent Świdnicy

ŚWIDNICA rynek z tradycjami

 

#12. Kiedy Schlagowie opuścili Świdnicę? 

Byłem przekonany, że fabryka organów została zamknięta w 1923 roku. Z treści pamiętnika wnoszę, że było to 23 grudnia 1922 roku. Ale… to nie była jedyna wytwórnia organów w Świdnicy. Byli jeszcze bracia Johann i Heinrich, rodzeństwo Christiana Schalga (czyli założyciela firmy Schlag i Synowie). Ich działalność była znacznie skromniejsza ale trwała dwa pokolenia, do roku 1932. Do tego brat Reinholda, czyli Bruno działał w Świdnicy do 1940 roku. 

Kiedy w 2021 roku zobaczyłem organy w Milinie (niedaleko Mietkowa) miałem dziwne wrażenie, że coś tu wygląda bardzo znajomo, ale trochę inaczej. Organy podpisane były tak:

Richard Landau

Orgelbauwerke

Schweidnitz (Schles.)

Dopiero z pamiętnika dowiedziałem się, że:

„Szybko stało się jasne, że za tą sprawą stoi pan Landau, który chce założyć z panem Kolibayem i jego synem nową firmę organową”

Richard Landau odkupił fabrykę organów, w której łatwo można było wznowić proces produkcji organów w oparciu o dotychczasowe rozwiązania techniczne i estetyczne. Stąd liczne podobieństwa do instrumentów, które w ostatnich dwóch dekadach swojej działalności budowała firma Schlag i Synowie. 

Na swojej pieczątce Richard Landau kazał napisać:

„Schweidnitzer Orgelbau u. Holzwerke”

Nie tylko organy ale i stolarnia. Wszystko ci zrobi, a stolarze to mogą wiele. Rynek tej branży nawet dzisiaj jest synonimem szalonych możliwości. Przedsiębiorca z takim zapałem, że aż rozdrażniło to trzecie organmistrzowskie pokolenie Schlagów, a ściślej Bruno, który w 1925 roku napisał do branżowego czasopisma:

[1925]

„W Świdnicy nie istnieje taki organmistrz jak Richard Landau; równie nieprawdą jest, jakoby Landau był następcą firmy Schlag & Söhne, z którą prowadził on już zresztą proces sądowy i który to proces przegrał. Landau prowadził tutaj hurtownię ziemniaków i warzyw, a od pewnego czasu zajmuje się wytwarzaniem organów kościelnych. On sam, o ile nam wiadomo, był ogrodnikiem względnie spekulantem nieruchomości i nie posiada praktycznego zrozumienia budowy organów. Firma Schlag & Söhne istnieje do dziś w niezmienionej formie, choć obecnie działa jako fabryka mebli”.

No trudne sprawy. I też nie do końca zgadza się to z pamiętnikiem, bo wspomniany proces nie dotyczył sporu Landau-Schlag, lecz Landau-Hammer. Ten Pan Hammer to dla Schlagów też nie był wspólnikiem marzeń. Kto z kim zatem był w dobrych lub złych stosunkach? Może kiedyś opracuję taki wykres. Albo sztuczna inteligencja to za mnie zrobi.

Richard Landau to lata 20’ i 30’. Natomiast w moich materiałach ostatni ślad organowy w Świdnicy pochodzi z 1938 roku i prowadzi do Bruno Schlaga, czyli szwagra autorki pamiętnika (brat żony). 29 kwietnia 1938 roku wysłał do Nowego Waliszowa pocztówkę o treści:

„An das Kathol. Pfarramt Neuwaltersdorf 

Hierdurch erlaube ich mir die ergebene Anfrage [,] ob Ihnen bei Gelegenheit auch eine Durchsicht u. Nachstimmung der Orgel in der dortigen Kirche zum Preise von 21,- R. Mark genehm ist?  Ihrer gütigen u. zusagenden Antwort entgegensehend zeichnend.

Bruno Schlag

Heil Hilter”

      

Czyli po polsku:

„Do Biura Katolickiej Parafii w Nowym Waliszowie

Niniejszym pozwalam sobie zwrócić się z uprzejmym zapytaniem czy akceptują Państwo przegląd i strojenie organów w Waszym kościele za cenę 21 Marek? W oczekiwaniu na życzliwą odpowiedź, niżej podpisany,

Bruno Schlag

Zdrów bądź Wodzu!”

Adres nadawcy to Aleja Niepodległości 12 w Świdnicy Śląskiej. Bruno Schlag zamieścił w tej korespondencji jeszcze pieczątkę, która reklamuje modną wówczas usługę „barokizowania” organów. Polegała ona na dodawaniu do gotowych instrumentów brzmień niepopularnych m.in. w czasach największej produkcji chociażby firmy Schlag i Synowie. Dzięki tym nowym ale stylizowanym na archaiczne głosom organowym instrumenty zyskiwały inne brzmienie, zwykle opisywane jako jaśniejsze, później, kiedy ta moda się skończyła głosy te były krytykowane jako „piskliwe” lub „krzykliwe”. No ale biznes powinien się kręcić. Landau i Schlag jeszcze sobie trochę „polemizowali”. Ten pierwszy napisał jeszcze:

„doprowadziłem do powstania osiedla willowego z nowo wybudowanymi domami, a Schlag ogranicza się do produkcji mebli”. 

No i kto się śmieje ostatni? Chyba już nikt się nie śmieje. 

Ja się uśmiecham kiedy gram na organach Schlaga 🙂

Szczęśliwego nowego roku 1926!

#@% Ah, nie! 2026 miało być!

 

Czytanie pamiętnika, poszukiwanie pasujących do treści zdjęć, zestawianie spisanych informacji z wiedzą powszechną, to wszystko dało mi poczucie jak szybko teraźniejszość staje się przeszłością. W 1909 roku zbudowano obecne organy w świdnickim Kościele Pokoju (czas opisany w pamiętniku), w 2016 roku zostały wyremontowane (czas, który pamiętam osobiście). A teraz, gram na nich średnio 200 razy w ciągu roku, czasem codziennie, czasem co kilka dni. Przyprowadzam (Żona też) do klawiatur organów przedszkolaki, młodzież, osoby „w każdym wieku”. W sumie to kilka tysięcy słuchaczy rocznie. A to wszystko jest już przeszłością, wynika z jeszcze dalszej przeszłości (m.in.  czasy tłumaczonych pamiętników), i jeszcze dalszej  (m.in. osiedlenie się Ch. Schlaga w Świdnicy), i jeszcze dalszej (m.in. powstanie samego kościoła), i tak dalej.

Kiedy czytałem w pamiętniku opisy podróży zaczęło mnie ogarniać coraz silniejsze poczucie, że większość wspomnianych miejsc też zwiedziłem. Pozwoliłem sobie zatem na zakończenie serii artykułów dodać zdjęcia z moich rodzinnych albumów. Nie trzeba wiele czasu, aby to czego doświadczyłem osobiście stało się historią tak odległą  jak wydarzenia opisane w pamiętniku żony Bruno Schlaga w latach 1902–1917.

 

Bardzo dziękuję za stypendium. Ściśle określony termin i dokładniejsze planowanie ułatwiło mi realizację tłumaczenia i „przyległych” do niego zadań. Bez dodatkowych opisów w artykułach i filmów nie mógłbym pokazać czytelnikom dodatkowych informacji. Dla organistów niektóre tematy są oczywiste, dla Świdniczan niegrających na organach wiele informacji technicznych i historycznych może być nowością. Dlatego właśnie chciałem urozmaicić treść pamiętnika o dodatkowe materiały.

 

Dodam jeszcze kilka zdjęć z Kliczkowskiej 20 i Okrężnej 5, (to numer z mapy z 1895 roku, obecnie nr 7). To budynki, które należały do Schlagów. Chociaż już w latach trzydziestych zapewne miały innych właścicieli. Niektóre (Kleczkowska 41) zostały wyburzone.

 

Aha, no i pamiętnik. Już czuję przesyt z poprawianiem tego tekstu. Wrzucam tak jak jest. Jeśli ktoś widzi jakieś babole albo nazwałby coś ładniej zapraszam do kontaktu. Chętnie poprawię.

 

Maciej Bator

 

 

Projekt zrealizowany dzięki wsparciu finansowemu Gminy Miasto Świdnica

Fundacja Dobrej Muzyki
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.